Ruina na końcu świata - KUKBUK

Ruina na końcu świata

Monika i Jan rozkochali Poznań w smakach inspirowanych swoimi podróżami. Teraz w poszukiwaniu nowych przygód ruszają całą rodziną w jedenastomiesięczną podróż po Amerykach.

Rozmawiała: Małogosia Minta, mintaeats.com
Zdjęcia: Cafe La Ruina i Raj

la ruina i raj, trans eating

Pięć lat temu na poznańskiej Śródce otworzyli kawiarnię. Choć nie mieli doświadczenia w gastronomii, a upatrzona przez nich dzielnica nie cieszyła się renomą – pomysł wypalił. Wieść o kawie parzonej po wietnamsku oraz hedonistycznych sernikach według przepisów Moniki rozeszła się po Poznaniu, wkrótce także po innych miastach, a sala niewielkiej Cafe La Ruina zaczęła pękać w szwach. Dzisiaj mają dwa cieszące się popularnością lokale, dwójkę małych dzieci oraz książkę na koncie. I co? I właśnie rozpoczęli 10-miesięczną podróż przez obie Ameryki swoim tęczowym samochodem.

Małgosia Minta: Reisefieber?

Monika Mądra-Pawlak: Pewnie jest. Z drugiej strony nie ma czasu na nerwy przed podróżą. W ostatnich tygodniach mieliśmy mnóstwo pracy: szkolenia pracowników, przygotowanie kawiarni, kompletowanie ekwipunku przed wyjazdem, pakowanie – trochę się tego uzbierało. Śmiejemy się, że przez ostatnie miesiące pracowaliśmy na rok z góry, a przecież w czasie podróży będziemy w stałym kontakcie z załogą.

Kiedy podjęliście decyzję o podróży?

Jan Pawlak: Generalnie wszystkie decyzje podejmujemy spontanicznie. A ten pomysł przyszedł nam do głowy jesienią ubiegłego roku, podczas pisania książki. Stąd zresztą tylna okładka, swoista zapowiedź tej wyprawy. Uwielbiamy podróże. Właściwie dzięki nim robimy teraz to, co robimy.

Przed Ruiną pracowaliśmy w „poważnych firmach” i tym, co podtrzymywało nas na duchu, były coroczne, kilkutygodniowe wyprawy. Zaczęliśmy od Kuby, potem były Azja, Peru, Boliwia i Bliski Wschód. Te podróże otworzyły nas na nowe smaki i potrawy.

I te smaki staramy się przywoływać w Cafe La Ruina – swoją drogą nazwa kawiarni wzięła się od nazwy lokalu, który odwiedziliśmy na Kubie – i w Raju. Mamy kawę po wietnamsku, herbatę po marokańsku, pieczemy sernik z kubańskim rumem. W Raju podajemy harirę i tażiny, których sekrety poznaliśmy w Maroku, bánh mì na bagietkach pieczonych według naszego przepisu, sami robimy pastę curry i kręcimy pesto do testaroli, czyli włoskiego pramakaronu. Monika ma pieruńską pamięć do smaku. Potrafi godzinami, a nawet dniami cyzelować przepis na danie, by smakowało jej dokładnie tak jak wtedy, gdy jedliśmy je w jego macierzystym kraju.

M.M.-P.: Gdy powstała Ruina, mieliśmy już małą Helenę, potem na świat przyszedł nasz syn Czesio. Więc siłą rzeczy mniej podróżowaliśmy. Zamiast dalekich, długich wypraw zaliczaliśmy krótsze, choć nie mniej inspirujące, zazwyczaj po Europie lub do krajów Bliskiego Wchodu. Stamtąd też przywieźliśmy wiele pomysłów. Trochę nas jednak ciągnie dalej. Teraz Helena ma sześć lat, za rok musi iść do szkoły. Z kolei Czesio kończy w tym roku cztery lata, ale jest bardzo dojrzały i samodzielny. Doszliśmy więc do wniosku, że to najlepszy, ale też ostatni moment, byśmy mogli pojechać gdzieś dalej w czwórkę.

Z tego, co wiem, wasz plan jest dość ambitny.

J.P.: Jedenaście miesięcy powinno zejść. Na samochodzie napisaliśmy: 302 dni. Lecimy z Berlina do Buenos Aires, a stamtąd, po kilku dniach, płyniemy do Montevideo, gdzie odbieramy samochód, który pod koniec sierpnia wyprawiliśmy z Gdyni do Urugwaju na pokładzie kontenerowca.

Urugwaj i co dalej?

J.P.: Brazylia, bo Monika musi koniecznie poznać Alexa Atalę… Potem pojedziemy na południe. W listopadzie pewnie będziemy w rejonie Ziemi Ognistej. I wyruszymy na północ, przez Meksyk, do Ameryki Północnej. Stany Zjednoczone, Alaska, Kanada…

Jak się szykuje na taką wyprawę?

M.M.-P.: Długo! [śmiech]

J.P.: Szalenie! Pakowanie, pakowanie i rozmyślanie, co potrzeba podczas takiej eskapady. I przede wszystkim samochód, bo całą trasę chcemy przemierzyć na czterech kółkach – musieliśmy go nieco zmodyfikować, dostosować do naszych potrzeb.

Jest domem, przedszkolem i sztabem generalnym do zarządzania knajpami. Zamontowaliśmy panel solarny, który będzie dostarczać dodatkowego zasilania. Także do naszej pokładowej kuchenki! Można w tym samochodzie spać, ale najczęściej mówimy o nim jako o mobilnym centrum zarządzania naszym światem.

Właśnie. Mówi się, że pańskie oko konia tuczy, często też można usłyszeć od właścicieli restauracji, że ich praca wymaga uwagi 24 godziny na dobę. Tymczasem wy chcecie zostawić nie jedną, a dwie knajpy, w dodatku na 11 miesięcy!

M.M.-P.: Jest Ruina i Raj. Coś przetrwa. My wierzymy w ludzi. W naszą załogę, to świetni i ambitni ludzie, którym nie jest wszystko jedno. Tak naprawdę przez ostatnich kilka miesięcy intensywnie pracowaliśmy z naszym zespołem, by wszystko przygotować i dopiąć na ostatni guzik przed naszym wyjazdem. Wiemy, że zostawiamy Cafe La Ruinę i Raj w świetnych, troskliwych rękach – bo przecież te miejsca to nie tylko my, ale też nasi pracownicy. Teraz jedynie my będziemy nieco dalej, ale i tak będziemy mieć cały czas kontakt ze Śródką. Ponadto wierzymy w naszych gości, którzy nieprawdopodobnie nas dopingują, wspierają. To naprawdę wielka elektrownia dobrej energii.

Jak wyglądał wasz ostatni tydzień przed wyjazdem?

J.P.: Na pewno był za krótki, bo wciąż mieliśmy poczucie, że jest mnóstwo do załatwienia. Między wizytami w urzędach i aptece spotykaliśmy się ze znajomymi, z naszymi gośćmi, pakowaliśmy walizki. Na jeden dzień w sekrecie uciekliśmy do Warszawy, tak dla zdrowia, by na chwilę odetchnąć innym powietrzem. Chcieliśmy pożegnać się z kilkoma osobami i zjeść coś dobrego na zapas.

M.M.-P.: Ten ostatni tydzień był bardzo wzruszający, pełen ciepłych słów i gestów. Goście przychodzili się z nami pożegnać, przynosili drobne prezenty na podróż. I jak się okazuje, nie będziemy w niej sami. Co chwilę wychodzi, że ktoś będzie gdzieś hen, na drugim końcu świata w tym samym czasie co my, więc czekają nas spotkania w Peru i w Nowym Jorku, ktoś nas kontaktuje ze znajomymi z Kolumbii albo z Brazylii. Jeszcze tam nie dotarliśmy, a już mamy tam znajomych, to podnosi na duchu!

Na koniec muszę zapytać: co w tej podróży będziecie jeść?

J.P.: Zjemy wszystko. Całą wielką Amerykę, która ciągle jest nieodkryta, niepoznana. A jest w niej wielki potencjał, kryją się zupełnie nowe, nieznane smaki.

M.M.-P.: Nasz Czesio, który jest dość wybredny i je teraz tylko naleśniki, placki i małdrzyki oraz mięso, usłyszawszy, że nie zawsze uda się zrobić naleśniki dla niego, powiedział: „Wiesz, że nie zawsze będę mógł tam jeść naleśniki?”. „To co będziesz jeść?” „Nic. W ogóle nie będę głodny”.

 

Monika i Jan wyruszyli w podróż w poniedziałek 25 września. Informacje o jej przebiegu można śledzić na fanpage’u Cafe La Ruina i Raj oraz na Instagramie – TransEating. KUKBUK jest oficjalnym patronem medialnym tej niezwykłej wyprawy.

la ruina i raj, trans eating
la ruina i raj, trans eating
© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: