Donna Hay wreszcie w Polsce! - KUKBUK

Donna Hay wreszcie w Polsce!

Mówią o niej „australijska Nigella Lawson”, porównują do Marthy Stewart. Ale Donna Hay jest po prostu Donną, a jej wysmakowane stylizacje stają się punktem odniesienia dla blogerów kulinarnych i domowych kucharzy na całym świecie. W Australii, kiedy ktoś usłyszy o swoich kuchennych wyczynach, że „wyglądają jak u Donny!”, może być pewien – jedzenie wywarło piorunujące wrażenie. Teraz i my możemy skorzystać z wiedzy australijskiej guru, bo na polskim rynku po raz pierwszy ukazała się książka Donny Hay – „Szybko, świeżo, prosto”.

Zdjęcie: materiały promocyjne

donna hay kukbuk

Wymyślanie przepisów, testowanie ich w kuchni, stylizacja potraw – to twoja praca i jednocześnie pasja. Czy relaksujesz się też poza kuchnią?

Donna Hay: Mieszkam w Sydney, nad oceanem, dlatego uwielbiam spędzać czas na plaży. Zazwyczaj pływam lub surfuję na desce z wiosłem [SUP – stand up paddle – red.]. Poza tym nie ma nic bardziej relaksującego niż wieczorna przebieżka po brzegu. W ciągu dnia pracy jestem tak zaangażowana w gotowanie na potrzeby magazynu i książek, że w wolnych chwilach lubię się czasem zająć czymś zupełnie innym.

 

Dużo podróżujesz, zwłaszcza w celach promocyjnych – twoje książki ukazały się przecież w dziesięciu językach. Czy jest jakieś miejsce na świecie, do którego chętnie wracasz jako turystka?

To prawda, że w związku z moją pracą dużo podróżuję. Ale bardzo to lubię, bo gdy tylko drzwi samolotu się zamkną, mam zagwarantowanych kilka godzin ciszy.

 

I co wtedy robisz? Nadrabiasz zaległości książkowe?

Obmyślam kolejny świetny pomysł! [śmiech]

 

Masz miejsce, do którego chętnie wracasz?

Paryż. Mam do tego miasta ogromną słabość. Najszczęśliwsza jestem wtedy, gdy mogę po kolacji, późnym wieczorem, włóczyć się małymi uliczkami. Wtedy najchętniej podjadam najzwyklejsze w świecie crêpes z cytryną i cukrem kupione od ulicznych sprzedawców.

 

Kim jesteś z wykształcenia?

Mam dyplom z technologii żywności.

 

Czy kiedykolwiek brałaś udział w lekcjach gotowania?

Kiedyś – owszem, ale w niewielu.

 

Swoją karierę dziennikarza kulinarnego rozpoczęłaś dosyć wcześnie, bo w wieku zaledwie 19 lat.

Zaczęłam jako freelancer, podejmowałam przeróżne prace w Sydney. I pracowałam naprawdę bardzo ciężko, aby znaleźć się w miejscu, w którym jestem teraz.

 

Trafiłaś do „Marie Claire”. I mając 25 lat, stałaś się szefową działu jedzenie! Jak do tego doszło? Czyżbyś po prostu znalazła ogłoszenie i złożyła podanie o tę pracę? A może ktoś cię odkrył?

Odkryła mnie szefowa działu mody tego magazynu. Wynajmowała studio tuż obok mojego.

 

A gdybyś miała określić siebie w kuchni – jesteś bardziej piekarzem-cukiernikiem czy raczej kucharzem lubiącym upichcić coś wytrawnego?

Zdecydowanie jestem po trochu obojgiem. W kuchni równie często można zastać mnie podczas pieczenia smakołyków dla moich chłopców lub czegoś, co zabiorę do biura, jak i w trakcie gotowania dużego posiłku dla gości, którzy akurat wpadli na niedzielny lunch. Ja po prostu lubię gotować. To wszystko.

 

Twoja książka „Szybko, świeżo, prosto” właśnie ukazała się w Polsce. Jej tytuł to zarazem nazwy trzech rozdziałów – skąd pomysł na taki podział?

Ta książka to przede wszystkim zbiór pomysłów na szybkie dania dla ludzi zabieganych, niemających zbyt dużo czasu na gotowanie, a co dopiero przygotowywanie składników. Dlatego dzięki moim sztuczkom na odświeżenie tradycyjnych receptur wszystkie te zapracowane osoby zdążą po powrocie do domu późnym wieczorem, w środku tygodnia, postawić na stole proste domowe jedzenie.

 

Jedną ze sztuczek, które propagujesz, jest korzystanie z półproduktów – makaronów instant, fasoli z puszki, gotowego ciasta kruchego. Czy w czasach gdy coraz więcej kucharzy namawia do gotowania od podstaw, wydaje ci się to dobrym rozwiązaniem?

Oczywiście, jeśli mamy czas na gotowanie od podstaw – wspaniale! Ale prawda jest taka, że jednak większość z nas jest bardzo zajęta w ciągu dnia. Nie ma więc nic złego w tym, że posłużymy się paroma świadomie wybranymi półproduktami, dzięki którym oszczędzimy czas i koniec końców zaserwujemy ciepły, domowy posiłek. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby ludzie w ogóle chcieli coś ugotować!

 

Niedługo będziemy świętować Wielkanoc. Co podaje się na tę okazję w Australii?

Najbardziej tradycyjnym daniem wielkanocnym w Australii jest chyba pieczony udziec jagnięcy. Mięso najczęściej piecze się z dodatkiem rozmarynu, czosnku oraz cytryny i podaje z pieczonymi ziemniakami i warzywami. Poza tym jemy w tym czasie mnóstwo czekolady (zwłaszcza w moim domu). Ach, i zajadamy się jeszcze słodkimi bułeczkami drożdżowymi [hot cross buns – red.] prosto z pieca. Osobiście lubię ich tradycyjną wersję, z sułtankami i odrobiną przyprawy do piernika. I oczywiście dodatkiem roztopionego masła!

 

Co w swojej pracy lubisz najbardziej – gotowanie? Stylizację? Kreowanie przepisów?

Należę chyba do tej niewielkiej grupy szczęśliwców, którzy z ręką na sercu mogą stwierdzić, że kochają swoją pracę za całokształt. Najlepsze w tym wszystkim jest również to, że każdy mój dzień wygląda inaczej i nie ma mowy o nudzie. Są okresy, kiedy można mnie znaleźć w studiu, gdzie zajmuję się stylizacją lub rozmawiam z moimi współpracownikami o najnowszym przepisie na ciasteczka. W inne dni zajmują mnie sesje – razem z grafikami i redaktorami decydujemy, co ma trafić na kolejną okładkę lub wymyślamy wzory porcelany do mojej kolekcji dla Royal Doulton. Nie ma chwili, żeby nie działo się coś ciekawego.

 

Gdy przeglądam twoje książki i magazyn, najbardziej rzuca mi się w oczy charakterystyczny sposób stylizacji potraw, ich fotografowania – cechuje je prostota, oszczędność dekoracji. W centrum uwagi jest zawsze jedzenie. Przy tym ta dbałość o szczegóły. Można odnieść wrażenie, że jesteś perfekcjonistką!

Uwielbiam przywiązywać wagę do szczegółów. A przy tym stałam się naprawdę szybką stylistką. Oczywiście nie stało się to z dnia na dzień – praktyka czyni mistrza. Poza tym świetne efekty daje fotografowanie potraw w świetle dziennym. Ale to, co najbardziej mnie cieszy w tej pracy, to to, że bardzo zabiegani ludzie gotują, bo nasze piękne fotografie ich do tego zachęcają.

 

Ile osób liczy twój zespół?

W biurze pracuje  dwanaście osób, ale czasami współpracujemy z osobami z zewnątrz w zależności od tego, jak bardzo sami jesteśmy zajęci.

 

Za każdym razem, gdy oglądam w twoim magazynie zdjęcia zza kulis, odnoszę wrażenie, że stres i gonitwa, aby dotrzymać terminów, są wam zupełnie obce. Widzę ludzi zawsze uśmiechniętych, spokojnych, czerpiących ogromną przyjemność z układania gałązek rozmarynu na talerzu… A jak jest naprawdę?

Praca mojego zespołu zdecydowanie opiera się na kooperacji. Staram się, aby stresu było jak najmniej. Ale nie da się ukryć – jesteśmy bardzo dobrze zorganizowani, nie stronimy od ciężkiej pracy i dbamy o to, aby jak najczęściej się śmiać, zwłaszcza podczas naszych cotygodniowych narad, kiedy to dzielimy się pomysłami na kolejne numery magazynu, omawiamy to, co każdy z nas ugotował i zjadł podczas weekendu.

 

Donno, a czy wiesz, że twój styl jest tak charakterystyczny, że kiedy ci, którzy starają się gotować według twoich zaleceń, usłyszą później: „no jakby Donna to ugotowała!”, uważają to za największy komplement?

Bardzo mi to schlebia! Uwielbiam, gdy ludzie gotują któreś z moich dań. Nie ma też chyba nic bardziej satysfakcjonującego niż wizyta w domu kogoś, kto ma na półce moje książki i widać gołym okiem, że są używane i lubiane.

 

 

Zdjęcie: materiały promocyjne
© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: