Wywiad z Anną Olson - KUKBUK

Wywiad z Anną Olson

Zrewolucjonizowała swoje życie po to, aby piec. Długo uczyła sie tajników kruchego ciasta, składania tortów i dekorowania weselnych wypieków. A i tak czasami zdarzy się jej porażka przy tworzeniu lukru. O pasjach, kulinarnych niepowodzeniach i szczególnym znaczeniu muffinków w jej życiu rozmawiamy z Anną Olson, autorką książek i programów kulinarnych. Kuchenne perypetie Kanadyjki można obecnie śledzić na programie Polsat Food Network („Świeże smaki z Anną Olson”).

Zdjęcie: mat. promocyjne foodnetwork.pl

Anna Olson

Marta Karcz: Twoje panieńskie nazwisko brzmi Tomcik… Czy masz jakieś polskie korzenie?

 

Anna Olson: Wschodnioeuropejskie, a dokładniej – słowackie. Ale faktycznie, wiem, że mnóstwo wyrazów brzmi podobnie w języku polskim i słowackim, stąd twoje przypuszczenie. Znam kilka polskich słów, mam wielu przyjaciół z Polski. I od nich dowiedziałam się, że znając wyrazy „piwo” i „kapusta” dam sobie radę!

 

M.K.: Czy kiedykolwiek odwiedziłaś Słowację?

 

A.O.: Nie, ale mam zamiar. Marzy mi się zwiedzenie tej części świata – oczywiście zahaczając o Polskę! Mam znajomą, która organizuje podróże kulinarne po waszym kraju i myślę, że coś takiego byłoby wspaniałą przygodą. Wymieniamy się mnóstwem przepisów. Zresztą podobnych do tych, które przerabiałam z babcią. To właśnie od niej nauczyłam się piec. I to również z babcią ulepiłam pierwsze pierogi!

 

M.K.: Pierogi! Tak, to taki nasz klasyk. Wychodzi na to, że twoja kulinarna pasja to zasługa babci, czyż nie?

 

A.O.: O tak, babcia miała na mnie ogromny wpływ pod tym względem. Ona uwielbiała piec. I w jej przypadku nie chodziło jedynie o to, że przygotowuje coś do konsumpcji, lecz bardziej o to, że może się tym podzielić. Myślę, że każdy kto kocha piec wie, że satysfakcja, którą czuje wynika z dwóch rzeczy: z tego, że coś sami stworzyli – coś, co wyszło z piekarnika i wygląda okazale, oraz, a może nawet przede wszystkim, z tego, że mogą się swoim dziełem podzielić z rodziną lub przyjaciółmi, sprawiając im jednocześnie przyjemność. To dlatego pieczemy.

 

M.K.: Widzę, że chyba pieczenie sprawia ci większą satysfakcję, niż gotowanie…?

 

A.O.: Tak naprawdę zajmuję się obojgiem. Wierzę, że umiejętność gotowania zdrowych, dobrych dla mojego organizmu posiłków, pozwala mi nieco zadośćuczynić za te chwile, kiedy piekę… Ale tak na poważnie – to prawda, moją prawdziwą pasją jest pieczenie.

 

M.K.: Anno, a jak to się stało, że profesjonalnie zajęłaś się pieczeniem? Pytam, gdyż wiem, że twoja kariera zawodowa rozpoczęła się w zupełnie innej branży – w bankowości.

 

A.O.: O tak, to prawda. Studiowałam nauki polityczne na uniwersytecie, po czym przez kilka lat pracowałam w banku. Ale nigdy nie mogłam się tam zaadaptować. Byłam otoczona przez ludzi, którzy to lubili, ale ja do tej grupy nie należałam. I cóż robiłam w czasie pracy? Czekałam tylko, aż nadejdzie pora lunchu i wymknę się na zakupy na pobliskie targowisko! Po to tylko, aby kupić produkty, które później, już w domu, zamienię w pyszną kolację. Oczywiście jeszcze w pracy, zamiast skupiać się na powierzonych zadaniach, komponowałam w myślach menu wieczornego posiłku. Aż pewnego razu nadszedł TEN dzień, który zresztą każdy od czasu do czasu miewa – tzw. zły dzień. A po nim nieprzespana noc, podczas której starałam się wymyślić jakiś plan – co dalej? I w końcu, w środku tej nocy, zabrałam się za pieczenie bananowych muffinów. Nie po to, aby je zjeść, ale dla samej przyjemności pieczenia. Zdałam sobie wówczas sprawę z tego, że to właśnie sprawia, że się relaksuję i czuję szczęśliwa. I w ten sposób podjęłam decyzję – rzucam pracę i zapisuję się do szkoły gotowania.

 

M.K.: Długo zastanawiałaś się, zanim wręczyłaś wypowiedzenie? Czy faktycznie zadziałałaś pod wpływem chwili i zrobiłaś to na drugi dzień po pamiętnej nocy?

 

A.O.: Nie, nie zrobiłam tego tak szybko, jak bym chciała. Pomyślałam sobie, że skoro poważnie myślę o poczynieniu takiego kroku – muszę to zrobić z rozwagą, nic na szybko i zbyt pochopnie. Wiedziałam, że moja decyzja jest dobra, gdyż zgodna z tym, co czuję, ale musiałam być ostrożna – czasami spontaniczność nie popłaca. Z całą pewnością chciałam zrealizować swoje marzenie, a więc musiałam postępować rozsądnie – zorientować się jak, gdzie i kiedy zdobyć odpowiednie kwalifikacje. Poza tym miałam już 25 lat, mieszkałam sama i nie mogłam sobie pozwolić, aby być przymierającym z głodu studentem. Musiałam nadal pracować, w związku z czym szukałam takiego programu, który pozwoliłby mi kontynuować pracę, ale jednocześnie mieć wystarczająco czasu na edukację w obranym kierunku. I udało się – wybrałam Johnson and Wales University w Stanach Zjednoczonych – oferował odpowiedni kurs dla osób takich jak ja – z już zdobytym wykształceniem uniwersyteckim. Dlatego mogłam go ukończyć szybciej, niż osoby zaraz po maturze.

 

M.K.: A co z rodziną – wspierali cię w twojej decyzji? W końcu raz już wybierałaś się na uczelnię, na pewno kosztowało cię to dużo wysiłku, aż tu nagle taka zmiana. Z dnia na dzień ogłaszasz rodzinie, że chcesz rzucić pracę zgodną z twoim wykształceniem po to tylko, aby piec…

 

A.O.: Cóż, nie da się ukryć, byli trochę zaskoczeni na samym początku. Ale z drugiej strony – nie aż tak bardzo… Wiedzieli, jaki mam stosunek do pieczenia, że od dawien dawna było to moją pasją. Ponadto miałam ogromne wsparcie w ojcu. Sam był za młodu artystą, i w gruncie rzeczy przebył podobną drogę do mojej… Z tym że on pochodził z rodziny, w której wierzono, że jeżeli ma się stałą pracę i regularne zarobki – powinno się jej trzymać rękami i nogami. On taką pracę miał – w fabryce, ale postanowił to rzucić i być tym, kim naprawdę chciał. Dlatego też rozumiał, że chcę posłuchać swojego serca i zacząć robić to, co naprawdę kocham.

 

M.K.: To bardzo ważne – takie zrozumienie ze strony najbliższych. Zawsze łatwiej podejmować tego typu decyzje, kiedy ma się wsparcie tych, na którym najbardziej nam zależy.

 

A.O.: O tak, to na pewno pozwala wzmocnić pewność siebie. I poniekąd utwierdza cię w przekonaniu, że podejmujesz tę właściwą decyzję. Wiesz, czego się jeszcze w całej tej sytuacji nauczyłam? Że warto próbować realizować swoje marzenia. Oczywiście po drodze popełniasz błędy, ale wiele się też z nich uczysz.

 

M.K.: To bardzo dobra rada, ale wielu ludzie najzwyczajniej się boi…

 

A.O.: No tak… Prawdą też jest, że byłam wówczas o wiele młodsza… Gdybym miała podejmować taką decyzję w wieku 40 lat, bardzo możliwe, że byłaby ona inna. I nie da się ukryć – zawsze istnieje jakieś ryzyko, że się nie uda. Wiesz, co bolało mnie najbardziej na samym początku? Rany – wypłata była szalenie niska! Po latach pracy w banku… Musiałam naprawdę zagryźć zęby! Zwłaszcza na początku mojej drogi w gastronomii, kiedy zaczynałam jako praktykant w restauracji. Już nie było mnie stać na super mieszkanie i czułam się tak, jakbym cofnęła się w czasie do dni, kiedy wiodłam skromny żywot studencki. Ale z drugiej strony – byłam pośród ludzi, którzy podzielali moją pasję, i to liczyło się dla mnie najbardziej. Poza tym jeszcze coś zachęcało mnie i innych do tego, aby trwać w naszym postanowieniu – podróże! OK, nie zarabialiśmy wiele, praca była ciężka – 80 h tygodniowo – ale za to mieliśmy okazję zwiedzić przeróżne zakątki świata. Nawet mój mąż, który obecnie wykłada w szkole gotowania, zachęca swoich studentów do tego, aby jak najczęściej wyjeżdżali do restauracji na całym świecie, aby odbyć praktyki. Jedź do Włoch! A czemu nie do Nowego Jorku! Nie zarobisz wiele, ale jeśli opłacą ci zakwaterowanie i wyżywienie – zwiedzisz kawał świata, nauczysz się czegoś, a później twoje CV zacznie imponować potencjalnych, stałych pracodawców.

 

M.K.: A czy obecnie też dużo podróżujesz?

 

A.O.: Teraz tak, sporo. Ale jeszcze kilka lat temu nie mogłam sobie na to pozwolić – prowadziłam swoją piekarnię, więc musiałam być na miejscu, tym bardziej, że przynajmniej raz na tydzień ktoś zamawiał u mnie tort weselny! Ale później ją sprzedałam i obecnie mogę podróżować znacznie częściej, przede wszystkim po to, aby spotkać się z moimi fanami na całym świecie. Byłam już w Azji, niedawno wróciłam z Wielkiej Brytanii i Portugalii. Podróżowanie jest szalenie inspirujące!

 

M.K.: Anno, a jak to jest z twoimi programami telewizyjnymi… Czy masz tę swobodę, aby samodzielnie wybierać przepisy, które chcesz zaprezentować publiczności, czy ktoś narzuca ci scenariusz odgórnie?

 

A.O.: Och, to szalenie ciekawe pytanie! Jeśli chodzi o mnie i moje programy to mam to szczęście, że posiadam tzw. kreatywną kontrolę. W „Bake”, moim najnowszym show i „Fresh”, które już miało swoją premierę w Polsce (pod tytułem „Sezon na świeżość”), od samego początku to ja planuję, co pokażę w każdym z odcinków. Wymyślam przepisy i zanim puścimy je na antenę – testuję je. A w tym pomaga mi dwoje zaprzyjaźnionych kucharzy. Każdy z nich prowadzi inny tryb życia, mają różnie wyposażone kuchnie – i o to chodzi. Moje przepisy trafią przecież do ludzi, którzy gotują w domach, nie w laboratoriach, czy komercyjnych kuchniach. Dlatego moi testerzy czasami przygotowują programowe dania w ciągu typowego dnia w tygodniu, pomiędzy odbieraniem dzieci ze szkoły, a odwiezieniem ich na trening piłki nożnej lub hokeja. W ten sposób sprawdzamy, czy przepisy da się z realizować w odmiennych warunkach, przy wykorzystaniu różnych sprzętów, oraz – czasami – przy ograniczonej ilości czasu. Później zdają mi z tego wszystkiego relację i razem porównujemy notatki. Czasami, przykładowo, można zmodyfikować czas przygotowania, gdyż któraś z osób wpadła na pomysł, jak skrócić cały proces gotowania. Zdarza się, że komuś wyszły z przepisu 24 ciasteczka, podczas gdy ja przewidywałam osiemnaście sztuk. Zastanawiamy się więc, jak określić wielkość wypieków. I to wszystko trwa miesiącami! Ale za to później, już w studio, mam tę pewność, że wszystko zostało rzetelnie sprawdzone.

 

M.K.: Przypomina mi to bardzo to, co my robimy w redakcji! Dostajemy przepisy od współpracujących z nami szefów kuchni lub blogerów, a później rozdysponowujemy je między sobą i sprawdzamy w naszych kuchniach – także różniących się wielkością, wyposażeniem. I każdy z nas prowadzi inny styl życia. Również chcemy, aby przepisy z naszego magazynu były możliwe do zrealizowania w domowych kuchniach naszych czytelników.

 

A.O.: Zgadza się. Taki jest cel tego wszystkiego, nieprawdaż? A przy tym należy jeszcze wspomnieć, że przecież w Europie odmierza się składniki według wagi, podczas gdy w Ameryce Północnej robi się to według objętości. Osobiście, wolę ten pierwszy sposób. Oczywiście w moich programach i w książkach dostosowuję się do panujących tu standardów, ale uważam, że odmierzanie według objętości nie jest zbyt precyzyjne.

 

M.K.: A ja zawsze sądziłam, że odmierzanie składników na szklanki jest bardzo pomocne. Czasami mieszkałam w miejscach, w których nie było wagi, czy odpowiedniej miarki, a szklanki, zazwyczaj, są wszędzie. Dlatego cieszyłam się, gdy trafiałam na przepisy podające składniki odmierzone właśnie w ten sposób.

 

A.O.: No tak, ale gram to gram i już. A kiedy odmierza się mąkę według objętości – ilość może być niedokładna. Dużo przecież zależy od tego, jak odmierzasz – czy na przykład ugnieciesz mąkę z wierzchu po przesypaniu jej do szklanki i dosypiesz, aby wypełniła naczynie po brzeg, czy po prostu nabierzesz z opakowania i już. Poza tym wpływ na objętość mąki ma też stopień wilgotności powietrza… Dlatego, jako piekarz, lubię tę precyzję wynikającą z ważenia składników moich wypieków. Ale oczywiście posługuję się tymi dwiema metodami – wszystko zależy od publiczności, do której kieruję swoje przepisy.

 

M.K.: A czy zdarzyło ci się kiedykolwiek jakieś kulinarne niepowodzenie przed kamerą? Nawet pomimo tego, że razem ze swoją drużyną tak skrupulatnie sprawdzaliście każdy z przepisów?

 

A.O.: O tak! Pomimo, że przygotowuję się do nagrań do tego stopnia, że można uniknąć większości błędów, to i tak czasami zdarzy się jakaś mała katastrofa. Pamiętam taką sytuację, kiedy na jedno z nagrań do „Bake” zaprosiłam swoich rodziców. To było piątkowe popołudnie i to tuż przed długim weekendem. Wszyscy chcieliśmy jak najszybciej się uwinąć z pracą i jechać do domu. Czułam tę presję, a do tego jeszcze miałam swoich gości, a zazwyczaj nagrywam bez publiki, więc odczuwałam lekkie zdenerwowanie. Miałam akurat przygotować lukier do ciasta Lady Baltimore, czyli wypieku z dużą ilością owoców, pokrytego właśnie lukrem na bazie białek jaj. Aby się udał, trzeba podgrzewać cukier odpowiednio długo, w przeciwnym razie lukier nie będzie wystarczająco spójny. I tak, trochę się spiesząc, zdjęłam cukier z ognia za wcześnie. Dodając go do masy z ubitych białek wiedziałam już, że wszystko jest nie tak – składniki nie chciały się ze sobą ładnie połączyć, masa nie gęstniała. Myślę sobie: „OK, uda się, uda! Szybko przełożę lukier na ciasto, ładnie udekoruję i wszyscy zaraz pójdziemy do domu, a ja będę bohaterką!”. I właśnie w momencie, kiedy zaczęłam przekładać lukier na ciasto, masa zaczęła się ciągnąć, niczym w zwolnionym tempie, spływać z góry ciasta na boki, stamtąd wzdłuż patery na blat. Wyglądała jak lawa ciągutkowej piany… katastrofa! A ja stałam tam naprzeciwko moich rodziców, myśląc: „Patrzcie kochani, po to poszłam do szkoły gotowania!” . Nie było innego wyjścia, musiałam zacząć od nowa…

 

M.K.: Powiedz mi zatem Anno – wolisz robić programy telewizyjne, czy pisać książki? Co sprawia ci większą przyjemność?

 

A.O.: Czerpię przyjemność z obydwu, ale jeśli mam być szczera, to właśnie obmyślanie i testowanie przepisów sprawia mi największą satysfakcję. Może wydać się to niebywałe, ale nawet po dwunastu latach regularnego kręcenia programów telewizyjnych cały czas czuję tremę przed każdym nagraniem! Uwielbiam wszystko inne z tym związane, a mianowicie przygotowywanie przepisów, ich testowanie, ale same dni nagrań – okropieństwo… Natomiast zupełnie inaczej doświadczam występów na żywo przed publicznością – te uwielbiam.

 

M.K.: Być może dzieje się tak, ponieważ w przypadku, kiedy przemawiasz przed publicznością na żywo, otrzymujesz widoczny odzew, jest jakaś reakcja, podczas gdy w trakcie nagrań mówisz tylko do kamery – czegoś brakuje…

 

A.O.: Tak, nikt nie reaguje! Wydaje się to takie sztuczne i jakieś napuszone. Uwielbiam programy na żywo – ludzie reagują, jest interakcja, tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać!

 

M.K.: A opowiedz mi teraz proszę o tym, jak spotkałaś swojego męża. W internecie krąży słynna anegdota, że zaiskrzyło pomiędzy wami podczas gdy wspólnie mieliście zjeść muffinka… I okazało się, że ty lubisz dół, Michael, twój mąż, górę…

 

A.O.: Och, tak, znam tę historię bardzo dobrze ! Tak naprawdę ukazuje ona, że pomimo tego, że się różnimy – uzupełniamy się i pasujemy do siebie. Oboje jesteśmy kucharzami, z tym że Michael jest szefem kuchni, ja – bardziej piekarzem, cukiernikiem. Ale w kuchni umiemy ze sobą współpracować, szanujemy siebie. Michael jest też bardziej tym typem kucharza, który mówi: „Och, weź szczyptę tego, kawałek tamtego”, podczas gdy ja lubię precyzję. Michael zacznie gotować zupełnie bez namysłu, ja – najpierw sprawdzę swoje listy. Więc tym się różnimy. Ale tak, to prawda – ja lubię dolną część muffina, Michael – górną. Podobnie jest ze skrzydełkami kurczaka, które są bardzo popularne w naszym domu. Ja lubię tę część, która faktycznie jest skrzydełkiem, Michael – tę bliżej nogi…

 

M.K.: Pamiętam też, że w jednej z waszych wspólnie napisanych książek, „Anna i Micheal Olson cook at home” wspominaliście, że wspólne gotowanie jest jak naładowanie baterii. Często to robicie? Gotujecie razem po pracy?

 

A.O.: O tak. Ale muszę przyznać, że zdarza się, iż idziemy na łatwiznę. Dzień każdego z nas jest napakowany różnego rodzaju aktywnościami. Do tego dochodzą codzienne obowiązki rodzinne. Dlatego czasami, zamiast spędzenia 30 minut w kuchni gotując, zamówimy sobie jedzenie na wynos, aby móc te pół godziny spędzić razem, skupiając się na sobie, na wspólnej rozmowie.

 

M.K.: A teraz opowiedz trochę o tym, jak wygląda robienie zakupów spożywczych w Kanadzie. Czy i u was popularne są rynki, targowiska? Czy szukacie z Michaelem lokalnych produktów?

 

A.O.: Och, w stu procentach! Mieszkam w małej miejscowości, około 90 km od Toronto, i w pobliżu znajduje się wiele farm. Stąd mamy wspaniałe targowisko, które jest przez farmy zaopatrywane. Bardzo tutaj zwracamy uwagę na to, co sezonowe. Ku mej uciesze, to już jest nie tylko trend – bo trend sugeruje coś co jest popularne, ale wkrótce przestanie być – lecz nieodłączny atrybut naszej kultury, tego miejsca. Tak już jest – gotuje się zgodnie z porami roku. Teraz więc nastał czas truskawek, młodziutkiej jagnięciny, rabarbaru. Niedługo wkroczymy w sezon agrestowy, czereśniowy, pojawią się morele. Uwielbiam wizyty na targowiskach, uwielbiam!

 

M.K.: O tak, takie szwędanie się pomiędzy stoiskami, wąchanie owoców, wybieranie warzyw… Może być całkiem przyjemne!

 

A.O.: Zdecydowanie tak! Ta świeżość produktów jest powalająca… A przy tym wystawia nasze, kucharzy, ego na próbę! Bardzo często jest tak, że staramy się wymyślać coraz to bardziej innowacyjne i zaskakujące metody przygotowania rożnych składników, podczas gdy tak naprawdę powinniśmy szanować te wszystkie świeżutkie produkty. Po co główkować nad tym, jak zaskoczyć innych podając pomidora w wymyślny sposób, podczas gdy ten w sezonie jest tak smaczny, że nie potrzebuje niczego więcej, niż szczypty soli… Pozwólmy mu smakować sobą – i cieszmy się tym!

 

M.K.: A czy w Kanadzie, oprócz słynnego syropu klonowego, macie jeszcze jakieś inne typowe dla kraju, bardzo lokalne produkty?

 

A.O.: Och, mnóstwo! Zgadza się, syrop klonowy zna chyba każdy, ale popularne są też u nas syropy pochodzące z innych drzew. Na przykład syrop z brzozy, który jest bardzo ciemny, niemalże jak melasa. Poza tym jest też syrop z sosny, jodły. Ich smak przypomina rozmaryn. Z kolei syrop z cedru pachnie jak leśna fauna, jest bardzo wyrazisty, dominujący. Tego nie użylibyśmy do porannych naleśników, jak to bywa w przypadku syropu z klonu, lecz raczej jako składnik marynaty do ryby lub wieprzowiny. Poza tym mamy coś takiego jak peameal bacon, czyli rodzaj typowo kanadyjskiego boczku. Mięso wieprzowe, a dokładniej schab, po posoleniu obtacza się w drobnym proszku ze zmielonego, suchego groszku, który wchłania większość wilgoci. Taki boczek ma mniej tłuszczu. Jemy go z naleśnikami na śniadanie lub wkładamy do kanapek. A wracając do syropu klonowego – bardzo często dodaję go do wypieków. Jest naturalnym, nieprzetworzonym cukrem, dlatego tak bardzo lubię go używać nawet do kawy i herbaty. Jest też taki typowo kanadyjski wypiek, butter tart – kruche, maślane ciasto wypełnione masą jajeczną właśnie z dodatkiem syropu. To bardzo słodki, kremowy, treściwy deser – pychota!

 

M.K.: To który z deserów jest twoim faworytem, jeśli chodzi o przygotowanie, a który najbardziej uwielbiasz jeść?

 

A.O.: Och, to bardzo dobre pytanie, gdyż to faktycznie dwie różne rzeczy – piec coś, bo masz wielką ochotę to zjeść, a zabrać się za coś, czego przygotowanie sprawia ci przyjemność… Niech pomyślę… Uwielbiam tarty z owocami. A zatem gdybym miała wybrać ulubiony wypiek do konsumpcji – wybrałabym właśnie porządną tartę owocową. Bardzo lubię ten kontrast pomiędzy kruchym ciastem, słodkim kremem i kwaśnymi owocami. Mniam, kocham to i nigdy nie potrafię sobie odmówić kawałka dobrze przyrządzonej tarty owocowej. Natomiast jeśli miałabym wybrać ulubiony wypiek, biorąc pod uwagę proces jego wykonania – myślę, że byłyby to torty. Takie klasyki, jak tort Sachera, szwarcwaldzki… Wymagają wysiłku, sporo czasu, pracy nad szczegółami, ale jak już się taki tort upiecze i ozdobi – zapierają dech w piersiach.

 

M.K.: Czy takie wypieki to też twój typ tzw. jedzenia na pocieszenie? Lub, jak to ładnie nazywasz w jednej ze swoich książek – kokonu ?

 

A.O.: Rzeczywiście, tak właśnie to z Michaelem nazwaliśmy… Ale czyż nie jest tak, że w zimowe dni chce się schować pod kocem, jak w kokonie, i zajadać jedzenie, które tej porze roku, temperaturze i nastrojowi odpowiada? Chce się węglowodanów – właśnie pochodzących ze słodyczy, ale i z ziemniaków, makaronu.. Czyż nie? A w dodatku gotowanie według pór roku to nie tylko rodzaj jedzenia, ale i techniki. Mam na myśli to, że podczas obecnej pory roku mamy większy dostęp do świeżych warzyw i owoców, dlatego mamy ochotę na sałatki, surowizny, posiłki przygotowane w sposób nie wymagający zbyt dużego wysiłku i skomplikowanych metod przygotowania. Natomiast zimą – nic tylko gotować godzinami gulasze, zapiekać mięsiwa, mieszać zawiesiste zupy… To właśnie wtedy najchętniej przygotowuję pierogi, gołąbki… A jeśli zjesz za dużo – zakładasz duży sweter! A później, latem, tracisz te wszystkie zimowe kilogramy jedząc te sałatki . I ćwicząc!

 

M.K.: O tak! A powiedz proszę, w czym się zaczytujesz – masz swoje ulubione czasopisma kulinarne?

 

A.O.: Hmm, niech pomyślę… Gourmet Traveller jest chyba moim ulubionym. Jest po prostu piękny! I jest wspaniałym połączeniem podróży i kulinariów, także stylu życia – wszystkiego jest tam w wystarczającej ilości. A poza tym te przepisy, stylizacje, fotografie… Cudo! Ponadto lubię angielskie publikacje – Delicious, Good Food, Olive… Kiedyś lubiłam też Gourmet, kiedy było jeszcze na rynku. I podobało mi się Bon Appétit, ale obecnie strasznie się zmieniło. Kiedy widzę przepis, w którym pierwszym składnikiem na liście jest gotowy, kupny mix na ciasto – nie mam ochoty czytać dalej. Ale spełniają wymogi swoich odbiorców, więc za to należy im się szacunek. Do mnie jednak to nie przemawia. Poza tym prenumeruję też magazyn kulinarny z Singapuru, och, nie pamiętam teraz jego nazwy… Ale bardzo go lubię. I jeszcze z Filipin!

 

M.K.: A jeśli miałabyś wymienić szefów kuchni lub dziennikarzy kulinarnych, którzy cię inspirują?

 

A.O.: Myślę, że wielu ludzi mojego pokolenia, mnie wliczając, wymieniałaby Julię Child. Poza tym śledzę też to, co wyrabia Paul Hollywood z Wielkiej Brytanii. I jeszcze Daniel Boulud – jest prawdziwą ikoną!

 

M.K.: Anno, a teraz zapytam o coś zupełnie z innej beczki – biegłaś z ogniem olimpijskim… Tuż przed rozpoczęciem zimowych igrzysk olimpijskich w Vancouver w 2010 roku – jak do tego doszło? Czy sama zgłosiłaś się jako kandydatka?

 

A.O.: Och, tak, pamiętam! Nie, zostałam właściwie nominowana. Płomień miał wędrować dokładnie przez St. Catharines, gdzie mieszkam, i jeśli dobrze pamiętam, ktoś z instytucji charytatywnej, z którą wówczas współpracowałam, wysunął moją kandydaturę. Wybrano mnie i przebiegłam się z pochodnią! To było niesamowite przeżycie… A później nie obyło się bez przyjęcia dla przyjaciół! Ugotowałam gar zupy, był domowy chleb, wino i piwo. I oczywiście coś słodkiego!

 

M.K.: Czy musiałaś przybrać jakieś specjalne na tę okazję wdzianko? Togę? Suknię?

 

A.O.: O nie, dano mi dres!

 

M.K.: Dres? Myślałam, że coś bardziej romantycznego, dostojnego…

 

A.O.: O nie, każdy kto biegnie z pochodnią, dostaje dres. Mam go do dziś – można było go później odkupić. A tak na marginesie – ten bieg to było jedno z baaardzo niewielu moich sportowych osiągnięć… Już w bardzo młodym wieku zdałam sobie sprawę, że atletką nie zostanę. Pieczenie wychodziło mi znacznie lepiej, niż sport. Zamiast po szkole grać z rówieśnikami w piłkę nożną lub trenować popularne wówczas łyżwiarstwo figurowe wolałam zostać w domu i piec ciasteczka…

© KUKBUK 2017