Wielkanoc to jest potęga! - felieton - KUKBUK

Wielkanoc to jest potęga! – felieton

Dopycham się jajami. Podobnie jak dopychano mniejszymi tuszkami i jajami na twardo pieczonego woła w każdy jego wolny zakamarek. Opisywał to z lubością Wańkowicz, również skupiając się na wielkanocnym jadle jak imć Rej na nurzanych w zalewie jajach kminkowych. Bo w obfitości stół wielkanocny bije każdy inny na głowę. Co mu tam wigilijny galimatias dań, co tam wesele czy inne bankiety. Osobiście nie daję wiary, aby tłuste szynki objawiały jakąkolwiek szkodliwość dla organizmu ludzkiego, wierzę natomiast, że wino (każde) poradzi sobie z domniemanym cholesterolem, jeśli taki w ogóle jest.
wielkanoc felieton kukbuk

Kiedy stuknę się już jajeczkiem, to zaczynam święta od śląskiego żuru, co króluje bodaj wszędzie, albo od ichniej zupy chrzanowej, obu gotowanych na wywarze po parzonej szynce, suto doprawianych masłem i śmietaną. Dopuszczam kieliszek nalewki śliwkowej, aby przygotować się do białej kiełbasy pieczonej na zeszklonych piórkach cebuli, z wetkniętym tu i ówdzie listkiem laurowym, skropionej piwem i śmietaną. Danie to uwielbiam, kojarzy mi się z bogatą śląską tradycją, choć każdy region chętnie by się do niego przyznał. Potem jeden czy drugi kuśtyczek chrzanówki z karczmy w Kiermusach, przegryzanej szpekuchami – litewskimi pieczonymi pierożkami nadziewanymi słoniną przesmażoną z ziołami. Kiedy już uporam się z ciepłymi, to uwagę poświęcam zimnym przekąskom. Sięgam po krojony w cienkie plastry, wędzony na modłę żmudzką ozór wołowy podawany z ćwikłą macerowaną winem wedle przepisu Mikołaja Reja.

Nie ma nic lepszego niż plasterki buraczków umazanych wiórkami chrzanu, spowite aromatem wina. Żadne tam paciaje startych na miazgę buraków pomieszanych z równie zatomizowanym chrzanem. Rejowską ćwikłę robię sam, a jak już chcę taką tartą i ostrą, to sobie zamawiam u Żeliszczaków w Wiżajnach. Ta ma moc zmartwychwstania.

Nieboszczyka by z grobu podniosła. A przyda się przy wielkopolskiej szynce, wędzonej i obowiązkowo parzonej, koniecznie z kwiatkiem, czyli bladą w środku warstewką tłuszczyku. Pomoże też przy pasztetach kaczych i gęsich, pieczonych w małych okrągłych naczyniach, a po odwróceniu powlekanych pieczeniowym auszpikiem*, albo tych zajęczych pieczonych w cieście.

 

Kiedyś to faszerowana głowizna królowała pośrodku poznańskiego mieszczańskiego stołu, teraz to pieczeń na dziko. Może świńskiej głowie brakło salonowego obycia, a może za mało miała mięsa w mięsie? Za to gotowana, chłodna, prawie że dietetyczna pomorska gęś luzowana i nadziewana cielęciną jest stosowna pod kieliszek goldwassera. Jego kardamonowość ozłaca delikatne mięso. Gdyby tak jeszcze do nadzienia dodać pistacji, to taka galantyna może królować miast świńskiego ryja. Do niej sos z ucieranych gotowanych żółtek, chrzanu i śmietanki. Jeszcze jeden kieliszeczek goldwassera i ładny kawałek mazurka, koniecznie z migdałami, orzechami i lukrem. Tak aby płynnie przejść w sjestę pomiędzybiesiadną.

W takim nastroju można z pobłażaniem obejrzeć specjalny odcinek „Familiady”, nawet unieść wargę w półuśmiechu przy dowcipie pana Karola.

Można otworzyć węgrzyna, pomyśleć o przyjaciołach, przenieść się w stan wyższej trzeźwości, porozważać kwestie światopoglądowe, zamyślić się nad materializmem, współczesnym surogatem religii (nie wiem dlaczego, ale baranek z masła stawiany na wielkanocny stół, zwany agnuskiem, wykoślawia mi się zawsze w agnostyka. Może to wina mojej powątpiewającej natury?), nad samotnością pośród ludzi i przedmiotów, poprzyglądać się obrazom, nie czytać, nie dać się prowadzić cudzej myśli. Stuknąć się kieliszkami w imię odnowienia wzajemnego porozumienia, a nie mechanicznego stukania każdego byle nalanego kieliszka, w bezmyślnym ciągu podnoszenia ważności zupełnie nieważnych gestów.

 

Im mniej słów, tym więcej uśmiechu w oczach. To najlepszy moment na kawałek paschy z kieliszkiem łańcuckiego kawowego rosolisu. Obiad warto zainaugurować jak niegdyś w Małopolsce – jagnięciną w płatkach migdałowych. Albo grubym plastrem szynki wielkanocnej odsmażanej na maśle, podlanej łącką śliwowicą z namoczonymi w niej wędzonymi śliwkami, podbitej wysokooktanową śmietaną. Błogość. Obiad bezszelestnie przechodzi w kolację. Zimne mięsa idą w ruch, plastry wołowiny i gęsi z cielęciną, szynki, biała wystudzona kiełbasa czy pierś kapłona pod doprawionym rumem auszpikiem majonezowym, podana z marynowanymi rydzami, tak jak kiedyś na słynnych warszawskich bankietach. Kieliszek starki, może pieczona przepióreczka, plasterek różowej kaczej piersi, kawałek pasztetu. Koniecznie ser!

 

Niespiesznie, z rozwagą i namysłem, w odpowiednim towarzystwie i powolnym tempie usłużny Chronos pozwoli cieszyć się nam pierwszym dniem świąt do późnej nocy. Drugi dzień oddam gościom, rodzinie, znajomym. Lubię, jak poniedziałkowe puzzle dnia układają się same. A w ogóle to kocham wegetarian, zwłaszcza w drugi dzień świąt. Alleluja!

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: