Perlage Tasting Club, odsłona grudniowa - KUKBUK

Perlage Tasting Club, odsłona grudniowa

Wszyscy mówili: jeśli nadarza się okazja, jedź! Bo do restauracji Water & Wine nie każdy może się dostać.

Tekst: Agata Michalak; zdjęcia: Maciej Stankiewicz

perlage tasting club kukbuk

Skorzystałam więc skwapliwie z zaproszenia do Nałęczowa. W programie były: wizyta w zakładzie butelkującym, degustacja porto w ramach Perlage Tasting Club oraz kolacja wyczarowana przez Marka Flisińskiego, szefa kuchni restauracji Water & Wine. Po jakichś dwóch godzinach drogi dojechaliśmy do nowoczesnej siedziby firmy, ulokowanej na wodonośnych ziemiach. Cała rozlewnia, położona na małym wzgórzu, przypomina raczej jakieś włoskie palazzo, czego nie omieszkał zauważyć jeden z moich towarzyszy, bywały w świecie Artur Sikorski, prezes Law & Partners Foundation. Co więcej, pod czujnym okiem i troskliwym dotykiem Marka Flisińskiego wszystko wokół zamienia się w płodną ziemię rodzącą plon: na terenach przylegających do zakładu uprawia się warzywa i owoce na potrzeby restauracji i eksperymentuje z własną malutką winnicą. Więcej – planowana jest budowa rozbieralni mięsa. Nieźle jak na rozlewnię wody mineralnej!

perlage tasting club kukbuk
perlage tasting club kukbuk

Sam zakład butelkujący imponuje sterylnością i nowoczesnością rozwiązań technologicznych, fascynuje prostymi, ale mądrymi rozwiązaniami. Wiedzieliście na przykład, że cienkościenne PET-y, w których pijamy Cisowiankę Perlage, powstają poprzez rozdmuchanie malutkiej plastikowej „probówki” do rozmiarów pełnoprawnej butelki? Ja też nie. Tak czy inaczej, po wizycie w tym nowoczesnym centrum nabraliśmy apetytu na trunki. Zgodnie z planem degustowaliśmy nie tylko wodę, lecz także czerwone porto – rocznikowe i nie, z oferty dość dużego producenta operującego pod marką Taylor’s. Tak zwana degustacja horyzontalna (wszystkie trunki z portfolio jednego producenta) wykazała rzecz wiadomą: największe bogactwo smaków i aromatów kryło się w porto LBV, czyli late bottled vintage – rocznikowym porto z lepszej jakości winogron, zabutelkowanym dopiero po czterech latach leżakowania w beczce.

 

Degustacja karminowych trunków właściwie przeciągnęła się do kolacji, bo porto towarzyszyło także deserom. Ale po kolei. Daniom należy się osobna wzmianka, Marek Flisiński dokonuje bowiem cudów smakowitości, co wyjątkowo mogłam docenić w pełnej krasie, jako że menu było w całości postne. Jedyny nierybny, mięsny akcent „zaplątał” się w karcie w postaci słoniny, która towarzyszyła rakom w przystawce, nie były to jednak nuty przeważające. Jednak najbardziej do gustu przypadły mi dania całkiem wegetariańskie, takie jak piękne i pełne smaku otwarte „pierogi” z kapustą i grzybami, przygotowane z cienko pokrojonej rzepy (trochę w duchu tego, co z selerem robi w Ale Wino Sebastian Wełpa), ale podkreślone wytrawnym aromatem leśnych grzybów, a także zupa ogórkowa z jajkiem przyrządzonym sous vide i wędzonym węgorzem, podana z ogórkiem kiszonym i gęsią wątróbką (aha! Kolejny mięsny akcent, który tylko dyskretnie podbił kwasowość warzywa). Nie mniejszym hitem (i to bez przesady) był deser w postaci brioszki przykrytej lodami makowymi, na którą własnoręcznie mogliśmy utrzeć sobie świeżych ziół, wcześniej zmrożonych ciekłym azotem. Dzięki temu kruszyły się wprost magicznie i bardzo efektownie. Tych kilka konceptów kulinarnych pokazuje, że dania Marka Flisińskiego to nie tylko bardzo smakowite połączenia w tym przypadku klasycznych smaków. To także małe dziełka, pokaz możliwości, który jest efektowny, nie będąc jednocześnie efekciarskim. Rzadkie to w polskiej kuchni zjawisko, które do tej pory oglądałam tylko u szefa Amaro…

perlage tasting club kukbuk
perlage tasting club kukbuk
perlage tasting club kukbuk
perlage tasting club kukbuk
perlage tasting club kukbuk
© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: