Kukbuk i Minta na śniadaniu literackim - KUKBUK

Kukbuk i Minta na śniadaniu literackim

Połączenie kultury i kulinariów należy do naszych ulubionych, dlatego nie mogło nas zabraknąć na Big Book Festival, który odbył się w miniony weekend.

Tekst: Małgorzata Minta

sniadanie literackie minta kukbuk

Literatura zwykle skupia się na wielkich czynach i wielkich kolacjach. I pewnie dlatego, gdy mowa o tym, co jadali bohaterowie literaccy, do głowy zwykle przychodzą posiłki, którymi zwykli kończyć dzień. A od czego go zaczynali?

 

Na temat śniadań w literaturze rozmawiały w minioną niedzielę podczas Big Book Festival Daria Pawlewska, wydawczyni KUKBUK-a, oraz Małgosia Minta, dziennikarka i blogerka kulinarna, autorka wydanej właśnie książki „Dzień dobry” z przepisami na dania idealne na początek dnia.

 

Śniadanie, którego nie było

Choć mówi się, że śniadanie powinno się zjeść królewskie, to literatura po królewsku raczej ich nie traktuje. W centrum uwagi autorów zwykle są wielkie czyny oraz wieczorne uczty. Śniadania wydają się traktowane nieco po macoszemu – jakby nie mogły stanowić tła żadnych ciekawych wydarzeń. Jednak wprawne oko miłośnika porannych posiłków (a do tych się zaliczam) doszuka się śniadaniowych wątków, a nawet tego, co i kto na te śniadania na kartach powieści jada.

 

Chyba najsłynniejszym literackim śniadaniem, odnotowanym wręcz w tytule, jest śniadanie, którego nie było. Chodzi oczywiście o „Śniadanie u Tiffany’ego” Trumana Capote’a. W samej powieści tytułowego śniadania rzeczywiście nie ma, jedynie w ekranizacji przygód Holly Golightly, bohaterka, w którą wciela się niezapomniana Audrey Hepburn, przy witrynie jubilerskiego salonu pogryza niewielkiego świderka z francuskiego ciasta, popijając go kawą z tekturowego kubka. Gdyby jednak Tiffany zamiast luksusowej biżuterii rzeczywiście serwował śniadania, co Holly mogłaby tam zjeść? Bogusław Deptuła, autor świetnej (a w moim egzemplarzu – solidnie już sczytanej) „Literatury od kuchni” spekuluje, że na śniadanie Holly mogłaby zjeść nowojorskiego bajgla z pastą na bazie twarożku. Ten ostatni jednak – co Deptuła praktycznie zauważa – mógłby dokonać zamachu na szykowną, wieczorową suknię Holly, w którą ubrał ją scenarzysta. Zatem może bajgiel sauté? To w końcu typowe nowojorskie śniadanie na wynos i w biegu, tak dzisiaj, jak i pewnie z 50 lat temu. Gdyby jednak w Tiffanym można było zasiąść jak w restauracji, ja sama prędzej widziałabym Holly przy jajku ugotowanym na miękko, podanym w srebrnym kieliszku, oraz malutkiej, filuternej kajzerce i filiżance herbaty.

sniadanie literackie minta kukbuk

Co dwa śniadania, to nie jedno

Śniadania – i to bez cienia wątpliwości – jadają za to hobbici. Według J.R.R. Tolkiena w planie dnia typowego mieszkańca Shire było miejsce na sześć posiłków, w tym na pierwsze i drugie śniadanie. Po śniadaniu był czas na pyknięcie fajeczki, a czasem nawet na deser w postaci jednego, a lepiej dwóch kawałków ciasta. O tym, czym szanujący się hobbit zwykł rozpoczynać dzień, mówią nieco wspomnienia Bilba Bagginsa, który, tęskniąc za pozostawioną daleko norką, marzył o swojej bogatej spiżarni, smażeniu jajek, tostach, boczku i dobrym maśle.

 

Przy podobnym asortymencie zwykli śniadać bohaterowie innej, już współczesnej sagi fantasy – cyklu o Harrym Potterze. Pracujące w kuchni Hogwartu skrzaty serwowały adeptom magii jajka, kiełbaski, płatki śniadaniowe, tosty, owsiankę. Tradycyjnie, by nie powiedzieć – mugolsko.

 

Twardziele lubią na miękko

Chyba mniej typowe brytyjskie śniadanie razi w kontekście brytyjskiej ikony – Jamesa Bonda. Bohater powieści Iana Fleminga zwykle zaczyna dzień od dużej ilości czarnej, niesłodzonej kawy, a jego daniem śniadaniowym są jajka. W domu jada je gotowane przez dokładnie trzy i pół minuty, z tostami z masłem i wyborem konfitur lub – częściej, poza domem – w formie jajecznicy, której towarzyszy porcja wysmażonych plasterków bekonu. Odstępstwa od porannego rytuału zdarzają się agentowi JKM tylko w delegacji – w Turcji zaczął dzień od jogurtu ze świeżymi figami, a w Japonii od porcji sushi zjedzonej wprost na targu rybnym.

sniadanie literackie minta kukbuk

O ile wielu autorów szybko przemyka nad – zapewne w ich opinii nadto błahym – tematem śniadań swoich bohaterów, o tyle Fleming nadrabia w tej kwestii z nawiązką. Jak skrupulatnie wyliczył Tom Weiss na łamach magazynu „Lucky Peach”, we wszystkich tomach przygód o Bondzie o śniadaniach wspomina się 115 razy, a 80 z tych posiłków ma dość szczegółowe opisy.

 

James Bond, a raczej jego codzienne życie, należy zapewne do najbardziej skonsumowanych, by nie powiedzieć – przeżutych, tematów, dlatego z ziemi brytyjskiej wróćmy na chwilę do polskiej jadalni i stołu polskich twardzieli.

 

Ci też, jak się okazuje, nie gardzą poranną porcją jajek. Jak Eberhardt Mock, który z rana, na lekkim kacu, ratuje się przyrządzoną przez ojca „półpłynną masą jajeczną ozdobioną szczeciną szczypiorku”. Gdy Mock podjada jajka prosto z patelni, ojciec szykuje pajdy chleba ze smalcem i szczypiorkiem na drugie śniadanie („Widma w mieście Breslau”). Ewidentnie Mock, podobnie jak Bond, lubi jajka niezbyt ścięte. Przy innej okazji, jedząc śniadanie ze swoją drugą żoną Karen („Festung Breslau”), Mock odkrawał „drżące białko jajka sadzonego, posypał je pieprzem, solą i startą na proszek gorczycą. Potem lekkim ruchem noża przedarł powierzchnię żółtka, a ono popłynęło wąską smugą, która zakręciła obok ósemki kiszonego ogórka. Łyknął kawy zbożowej, która zaprawiona byłą goryczą cykorii i sacharyną.

 

Przy stole państwa Mocków jedynie napój śniadaniowy trącił dziś goryczą”. Na szczęście „oboje czuli jeszcze słodycz wczesnego poranka, kiedy Eberhard przyszedł o piątej do domu i obudził swą żonę tak, jak ona najbardziej lubiła”.

 

Chleb i dobra kawa

Niewątpliwie na tytuł najbardziej znanego śniadania w literaturze polskiej zasługuje to przedstawione w „Panu Tadeuszu”. Ponieważ jednak wspomnienie tej lektury odbiera mi apetyt, kwestię porannych uczt w Soplicowie przemilczę. Za to, pozostając w kręgu lektur szkolnych, wspomnę o tej, w której opisano śniadanie proste, a jednocześnie tak apetyczne, że od razu ma się ochotę zasiąść do stołu. Chodzi oczywiście o „Przedwiośnie” i poranny posiłek w Nawłoci. Z koszykami z żytnim chlebem i bułkami własnego wypieku, z suchymi ciasteczkami i rogalikami. Służący Wielosławskich naznosił wtedy na stół „słoików z miodem, konfiturami, konserwami, sokami”. Do tego imbryki, w tym dzbanek prawdziwej aromatycznej kawy – a nie „jakiegoś sobaczego ersatzu niemieckiego”. We współczesnej, zabieganej codzienności takich śniadań, w dodatku podtykanych pod nos, możemy sobie jedynie życzyć, bo żyć przychodzi ze śniadaniem w wersji „lalkowej” – przynajmniej takim, od jakiego zaczynali dzień ojciec i synowie Minclowie w swoim sklepie – ot, czarna kawa i trzy bułki. Może jednak, wraz z rosnącą modą na śniadania, w tym te jadane na mieście, w specjalnie pod tym kątem skrojonych śniadaniowniach, spowoduje, że poranne posiłki trafią także do świata fikcji. W końcu i tam warto smacznie zacząć dzień.

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: