Pożegnanie Piotra Adamczewskiego - KUKBUK

Pożegnanie Piotra Adamczewskiego

Ze smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci znanego krytyka kulinarnego, smakosza i reportera. Oto jak Piotr Adamczewski zapisał się w pamięci naszych czytelników.
piotr adamczewski kukbuk

Zbliżała się Wielkanoc, zastanawialiśmy się w redakcji kogo tym razem poprosić o felieton gościnny. Piotr Adamczewski był nam szczególnie bliski. Od wielu lat czytaliśmy jego bloga (na którym znalazła się nawet jedna z pierwszych recenzji KUKBUK-a) oraz słuchaliśmy z zaciekawieniem audycji „Na apetyt… Adamczewski!” w Radiu TOK FM. Pan Piotr na naszą propozycję zareagował entuzjastycznie. Postawił tylko jeden warunek. Tekst będzie o babci Eufrozynie. Przesłał nawet jej zdjęcie. Tym sposobem jedna z wielu historii, która zapewne złożyła się na jego zainteresowania, znalazła się na naszych łamach. Historia niezwykła, bo ciepła i rodzinna, a w dodatku okraszona przepisem. Przypominamy ją dziś ze smutkiem, by nie zatarła się w pamięci, podobnie jak wspomnienie jej autora.

 

Babcia Eufrozyna urodziła się w greckim chutorze pod Kijowem w 1891 roku. Dziś więc liczy sobie już 120 lat z okładem. Wiem, że nigdy już nie skarci mnie za głupie pomysły ani nie palnie ścierką, gdybym znów wykradał kruszonkę ze świeżo upieczonego ciasta drożdżowego. Ale wiem też, że siedzi na jakimś obłoczku i swymi jasnoszarymi oczyma widzi wszystko, co robię. Zwłaszcza podczas świąt. A Babcia szczególnie wyróżniała święta Wielkanocy!

 

Wszystko zaś zaczęło się tak: Dziadek Jerzy – lewicujący za młodu – ukarany został przez władze carskie zakazem studiowania w rodzinnej Warszawie. Dostał natomiast zgodę na pobieranie nauk w nieodległym przecież Kijowie. Skończył więc medycynę nie nad Wisłą, ale nad Dnieprem. Tam też zastał go burzliwy czas rewolucji.

 

Młodego medyka wcielono do carskiej armii. Zanim jednak wyruszył na bolszewików, odwiedził wraz przyjacielem z uczelni chutor, z którego ów się wywodził. Przy wjeździe do wsi przed dwoma umundurowanymi medykami przegalopowała na pięknym rumaku miejscowa panna. Dziadek oszalał!


Prawdę mówiąc, ja mu się nie dziwię. Panienka o greckim pięknym imieniu Eufrosinia miała grubaśne warkocze, sięgające niemal kostek, i (co potwierdzam w pełni, bo tak wyglądała do ostatnich dni życia) wspaniały biust falujący nad końskim łbem. W tej mierze ani słynna w czasach PRL Danuta Lato, ani gwiazda światowego tenisa Simona Halep nie dorastały mojej Babci do pięt. Choć nie jest to chyba porównanie właściwe.


 

Były więc ślub i dezercja. Ucieczka z Ukrainy do Warszawy trwała niemal dwa lata. Przy Bednarskiej w rodzinnym domu młodzi małżonkowie wylądowali w 1920 roku. Dopiero wtedy Babcia dobrze nauczyła się języka męża. W zamian za dobre przyjęcie przekazała nowej rodzinie wszystkie swoje umiejętności kulinarne. A była równie doskonała w tej dziedzinie, jak urodziwa.

 

Od tej pory świąteczny stół w naszym domu jest co rok identyczny zarówno pod względem zastawy, jak i dań. I wprawdzie Babci już z nami przy nim zastać nie można, ale są jej śledzie pod kołderką z buraków i jajek na twardo, są jaja faszerowane, jest kulebiak z kapustą i grzybami, szynka z goździkami, żur z białą kiełbasą, mazurek z suszonych owoców bez grama ciasta, no i oczywiście prawdziwa, a wyśmienita pascha! I mimo że repertuar ten jest powtarzany rok w rok, to nigdy się nam on nie znudzi. A wiemy przy tym, że Babcia Eufrozyna patrzy na nas z góry i cieszy się, że chociaż w tym dniu znowu rządzi całą rodziną. Bo już nawet moje wnuki wiedzą, że muszą się poddać temu dyktatowi Praprababci. A ja to wiem od dawna, bo Babcia była moją pierwszą miłością. I to ona akceptowała bądź nie moje kolejne wybranki. Przyglądała się im dokładnie i wypytywała głównie o dobry smak. W tym przypadku nie chodziło jednak o malarstwo, lecz o zupełnie co innego.


Mawiała więc do speszonej panienki: – Czy ty wiesz, dziecko, co to takiego jajko poszetowane? A liubisz ty barszcz ukraiński? – by na koniec dobić nieszczęsną pannę pytaniem: – A co mój wnuk jada na śniadanie?


 

Długo trwała ta selekcja, ale na szczęście trafiła się wreszcie dziewczyna, która spełniła wszystkie wymagania Babci. I to ona do dziś pilnuje, by w naszej rodzinie pamięć o Eufrozynie spod Kijowa trwała nadal. Prawdę zaś mówiąc, robimy to wszyscy bez specjalnego przymusu. Nie dość, że podtrzymujemy w ten sposób starą rodzinną tradycję, to jeszcze jemy potrawy wyjątkowe w dwójnasób: świąteczne i przepyszne. Na przykład takie jak ten kulebiak wielkanocny:

 

 

Kulebiak z kapustą

 

:

 

 

Przesiewamy do miski pół szklanki mąki, zalewamy wrzącym mlekiem, mieszamy łyżką i rozcieramy, by pozbawić ją grudek. Gdy przestygnie, wlewamy drożdże rozrobione z odrobiną mleka, cukrem i mąką, mieszamy je i odstawiamy do wyrośnięcia na pół godziny. Po tym czasie dodajemy żółtka i resztę mąki. Ciasto wyrabiamy rękami kilka minut, wlewamy roztopione masło, jeszcze chwilę wyrabiamy, aż masło zostanie wchłonięte, i ponownie odstawiamy przykryte ściereczką do wyrośnięcia.

 

Tymczasem wyciskamy obgotowaną kapustę, siekamy i przesmażamy z cebulą. Dodajemy sól, cukier i pieprz do smaku. Jaja ugotowane na twardo kroimy w cienkie plasterki.

 

Wyrośnięte ciasto rozwałkowujemy na cienki placek, wykładamy plastrami jajka, nakładamy równą warstwę kapusty, po czym zwijamy w rulon jak struclę. Układamy ostrożnie w wąskiej formie do pieczenia wysmarowanej oliwą i wysypanej bułką tartą. Pieczemy pół godziny w temperaturze 180 stopni.

 

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: