Prawie panna cotta - KUKBUK
panna cotta kukbuk

Prawie panna cotta

ok. 4 porcji

Lodówka długo była dzielna i znosiła otaczający ją upał. W końcu się poddała i wyświetliła 16 stopni. Panika, ewakuacja, kilka ostrych słów rzuconych w zaświaty i telefon po ratunek. A właściwie piętnaście telefonów.

Miejsce akcji: otwarta kuchnia z widokiem na gości. Czas akcji: piątkowy wieczór z wielkim finałem we wtorek. Wezwany fachowiec informuje przez telefon: „Wjeżdżam na parking”. Nie naprawia, poleca kolejnego. To już czwarta osoba i jak się okazuje, szykuje się wizyta kolejnej. Zaanonsowany mistrz przyjmuje nasz apel o ratunek, wyraża powściągliwie chęć pomocy: mamy mu się przypomnieć wieczorem, bo robi.


Zanim wolno nam zadzwonić, pojawia się ktoś, kogo teoretycznie oczekujemy, w niebieskich gaciach na szelkach, które kiedyś były niebieskie, i oznajmia, że on do gazu.


To nie tu ewidentnie, my potrzebujemy do lodówki. Nie, on do gazu. Kamienica wielka, lokatorów wielu, zatem to nie tu. Wraca po dziesięciu minutach i mówi, że to musi być tu. Kelnerka skacze na głęboką wodę i mówi: „Proszę bardzo, to tutaj”. Pan wkracza na teren kuchni. Wszystko mi jedno, czy to właściwa osoba, niech już zobaczy ten gaz, skoro tak się uparł. Poza tym jest miły, młody i chce spróbować. W ciągu godziny lodówka zostaje spryskana wodą z mydłem, by bańka wskazała, gdzie jest ewentualny przeciek, przyniesione i wyniesione zostają cztery różnego kalibru butle (z gazem), proponuję panu również swoją kuchenną – nie korzysta, rozładowuje się telefon robiący za latarkę, udaje się uzyskać próżnię, częściowo tylko powodzi się próba wbicia freonu pomimo stawiania butli bokiem i do góry nogami, żeby szedł. Poza tym pojawia się waga do butli, pan wypija colę, pięć razy wychodzi pogadać z szefem. Sala przy kuchni – wyjątkowo, jak na poniedziałek – właśnie się zapełnia, a na podłodze leży on i ładuje. Przede mną staje gość, omawiamy menu, a w nogach ukrywam rozłożonego plackiem faceta w poplamionej koszulce z Metallicą i ze świecącym aparatem w ręku.


W końcu fachowiec pęka: „Powiem pani prawdę, ja się na tym nie znam, wziąłem tę pracę w zastępstwie na wakacje i nie mogę się doczekać, aż się skończą”. „A wtedy co?” „Wracam na uczelnię, na elektronikę”. „Okej, to ja panu też coś powiem. Ja nie jestem kucharzem, pracuję tu w zastępstwie przez wakacje. Jestem pielęgniarką i wracam do szpitala”.


Wieczorem już wolno było zadzwonić. Szef powiedział w pierwszym zdaniu, że nie da się tego zrobić, trzeba zabrać lodówkę do warsztatu. Nieee! Jakem pielęgniarka, chcę to usłyszeć od leżącego u moich stóp prawdziwego fachowca od lodówki, bo jej dla czystego kaprysu wynieść nie pozwolę. Prawda jest taka, że to ogromna lada chłodnicza, i pewna jestem, że najpierw ją wstawiliśmy, a potem zbudowany został Opasły Tom. Zajedzie o dziewiątej. Dobrze, otworzymy wcześniej. „Wjeżdżam na parking” – słyszę punktualnie w południe, a ja telefonicznie odmawiam przyjścia, dopóki on tam jest, zakazuję wydania mu lodówki (od wejścia podtrzymuje wersję, że trzeba ją zabrać do warsztatu), wreszcie o dwunastej dwadzieścia dostaję SMS: „Chodź, działa”. I sama nie wiem, czy jest dobrym, wartym polecenia fachowcem, czy udaje, bo nasze babskie, laickie doświadczenie zdobyte w kuchni latem podpowiada, że freon ucieka i wystarczy go wbić.

 

Niesamowicie się wściekł podczytywany przeze mnie bloger na swoją urodzinową kolację. Zaczęło się od wpisu, że pełen ciekawości zaciera ręce i będzie jadł. Pękł po rybie i szlag go trafił. Przez udawanie wszystkiego – gotowania, zainteresowania stolikiem, atmosfery i klasy. Pękłam i ja we Wniebowzięcie na widok tajskiej zupy i kurczaka w cieście na wynos z osiedlowych hitów gastronomii orientalnej. Katarzyna Pospieszyńska („Kuchnia chińska”) w 1987 roku w swojej kuchni na Bielanach była bardziej chińska niż czwórka kucharzy o skośnych oczach ze ich sosem słodko-kwaśnym i mistrz sushi z parodią zupy tom yum. Załączam zdjęcia kisielu z koncentratu do sajgonek od piętnastu lat udającego sos i papryki, którą palcami wyłowiłam dla was z jednoosobowej porcji tajskiego przeboju („bardzo goście chwalą”), w zasadzie nieudającego niczego.

panna cotta kukbuk
panna cotta kukbuk

Podgrzewamy mleko z wanilią, cukrem i żelatyną. Zdejmujemy z ognia i dodajemy mascarpone z białą czekoladą. Odstawiamy, niech stygnie. Wyjmujemy kawałek wanilii, przykrywamy folią spożywczą i wstawiamy na noc do lodówki.

Cukier, wodę i sok redukujemy na małym ogniu do płynnego, jednolitego syropu. Obieramy ananasa, nie zapominając o wycięciu twardego środka. Miksujemy z dolewką syropu i rumu na purée. Dodajemy skórkę z limonki, przekładamy do miski, zakrywamy folią i mrozimy przez noc w zamrażalniku.

Nowy dzień, nowy smak. Wersja idealna: metalowa gałkownica, lekko ogrzana ciepłą wodą, przebija się przez pierwszy kożuch panna cotty i ląduje w kieliszku biała kulka. Do tego widelcem skrobiemy ananasowy śnieg i podajemy go na wierzchu. Dużo, bo on się topi, chłodzi, a my udajemy, że to piña colada lub panna cotta. A co! Skoro inni mogą!

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: