Kalaya - KUKBUK

Kalaya

Kangury i emu na talerzu w centrum Warszawy.

Kalaya

ul. Jasna 26
Warszawa

godziny otwarcia: pon.-niedz., 12:00-23:00

przejdź do dużej mapy
kalaya kukbuk

Nigdy nie byłam w Australii, ale z tego, co opowiadali doświadczeni bliscy, wynika, że duże miasta na antypodach mają w sobie uroczy luz. Cóż, każdy byłby wyluzowany, gdyby jego codziennym problemem było to, który park wybrać na popołudniowe barbecue, a którą plażę na wieczorny surfing. Wieloetniczny tłum zdaje się koegzystować bez większych turbulencji – te, które się zdarzają, są nieporównywalne z trapiącymi Europę problemami z imigracją – a ewentualne napięcia rozładowuje się nieszkodliwą bójką przed knajpą w piątkowy wieczór. Ta niezbyt może pokojowa forma interakcji (ciekawe, czy odziedziczona po skorych do bitki wciętych brytyjskich przodkach, czy może po krewkich ojcach założycielach, wysłanych na wyspę odsiadywać kary) spełnia w każdym razie swoją funkcję. I ten niewymuszony luz, już bez niefrasobliwego podejścia do integralności cielesnej, odnajdziemy w warszawskiej restauracji Kalaya. A niełatwe to zadanie, bo lokal stawia sobie wysoko poprzeczkę i celuje w górną półkę cenową.

 

Kalaya oznacza emu. Jego wizerunek jest więc oczywiście w logo restauracji. Szczęśliwie twórca jej wystroju oparł się pokusie, by wykorzystać więcej typowych dla Australii elementów surferskich czy przyrodniczych. Nie znajdziemy tu desek do pływania ani odręcznie pisanych szyldów, nie ma kangurów zachęcających do zasiadania przy drewnianych ławach. Kangur i emu (poza logo) znajdują się tylko w karcie – i tam jest im najlepiej. We wnętrzu, stworzonym we współpracy z braćmi Lange, znajdziemy za to przewijający się motyw surowej, patynowanej miedzi, dużo drewna, pomysłowe szafy na wino zabezpieczone ruchomymi kratami i białe kafle. Całość tworzy wrażenie spokojnej, szlachetnej prostoty – gdy przyjrzymy się detalom, dostrzeżemy, że każdy element jest na swoim miejscu. Włącznie z tym, że deski, na których podawane są dania, mają wgłębienia odpowiadające kształtem zaserwowanym produktom, a w toalecie wita nas śpiew egzotycznych ptaków.

kalaya kukbuk
kalaya kukbuk
kalaya kukbuk

Dania są dobrej jakości i równie proste jak wystrój restauracji. Egzotyczny tatar z mięsa kangura z kaparami, grzankami i whisky (39 zł) zaskakuje zrównoważonym, klasycznym wręcz smakiem, proste danie wegetariańskie złożone z połówki awokado zapieczonej z krewetkami (35 zł) z domowym sosem koktajlowym, sałatką i porządną solą morską nie potrzebuje żadnych udziwnień – broni się kremowością i chrupkością skorupiaków, zaś święta tradycja grillowania pokazuje się od najlepszej strony pod postacią filetu z dorady (65 zł) czy nowozelandzkiej jagnięciny (65 zł) z grilla josper. Wielbicielom lokalności spieszymy wyjaśnić, że mięso nie pochodzi tylko z daleka – steki przygotowuje się także z polskiej wołowiny mięsnej rasy hereford (23-75 zł w zależności od gramatury i rodzaju mięsa). Imponująca jest karta win z antypodów, którą współtworzy John Borrell – znany enofilom założyciel firmy dystrybucyjnej Wine Express i eleganckiego hotelu Kania Lodge. W karcie, zwłaszcza w deserach, znajdziemy też akcenty brytyjskie, bo prawa ręka polskiego szefa kuchni Pawła Kałuskiego to Brytyjczyk Karl Baron. Co może zaskakiwać, ten nieaustralijski duet radzi sobie pierwszorzędnie, bo pierwszą zasadą tej kuchni, jak tłumaczył nam założyciel restauracji Greg, jest otwartość na wpływy ze świata. Drugą zaś – praca na świeżych, wysokiej jakości produktach. Do tego, by w tym celować, nie trzeba urodzić się w Melbourne.

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: