Wstały od stołu: Tydzień 9. - KUKBUK

Wstały od stołu: Tydzień 9.

W połowie wakacji nastąpił chyba mały kryzys.

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

9

wstaly od stolu kukbuk

Diana i Agata opadły z sił i motywacji, choć robiły dotąd wszystko, jak należy. Kasia na szczęście nie uległa grupowej presji spadku formy, a Basia nadal szaleje w Rumunii, więc nie bójcie się – relacja ze zmagań redakcji was nie przytłoczy. Poczytacie za to więcej o diecie sportowca. Forza!

Agata: Miniony tydzień treningowy zwieńczyłam udziałem w sobotnim Biegu Powstania, który był moim trzecim w historii biegiem na 10 kilometrów. Niestety – najsłabszym pod względem formy i czasu, co znacząco wpłynęło na mój nastrój. A właściwie na jego obniżenie. Przyczynił się do tego, jak sądzę, niezbyt zdrowa kombinacja niewystarczającej ilości snu, jedzenia i wypoczynku, którą wprowadziłam na okoliczność wizyty we Wrocławiu na Nowych Horyzontach. Dużo siedzenia w kinie i jedzenia w dziwnych odstępach czasu, mało snu i sporo stresu spowodowanego towarzyszącym festiwalowi wywiadem, a na koniec, tuż przed biegiem, pięciogodzinna podróż zatłoczonym Polskim Busem – to nie mogło się udać. Nic dziwnego więc, że w połowie mokrej i ciemnej trasy dopadł mnie kryzys, z którego podnosiłam się na chwilę, by znów weń popaść. Niech mój przykład będzie dla was przestrogą – przed tego typu wysiłkiem dobrze jest odpowiednio wcześnie zasilić organizm porcją węglowodanów, zregenerować go porządnie i ochronić przed zbędnym napięciem. A jeśli zaś chodzi o moją „reżimową” dietę, to niech tam, wyznam to: trzymając się 3-4 treningów w tygodniu, pozwalam sobie na trochę więcej. Może nie więcej słodyczy czy dań tłustych, ale więcej jedzenia w ogóle, objętościowo. Mam bowiem wrażenie, że w mój organizm wpada ono aktualnie jak w studnię. Na pewno dzięki wskazówkom koleżanek zaczęłam w ogóle zwracać uwagę na zawartość białka w diecie, jem też bardziej regularnie i z większą atencją dla składu moich posiłków.

wstaly od stolu kukbuk

Basia: Oczywiście że kontynuuję projekt „Kukbuczyce wstały od stołu”, ćwiczę, gdzie mogę i z czym, pozdro z rumuńskich gór!

Kasia: Moja relacja z jedzeniem zawsze była namiętna, toteż gdy zaczęłam ćwiczyć, byłam pewna, że oto rozpoczyna się piękny okres żywieniowej beztroski. Po kilku miesiącach biegów zagryzanych cukierkami poszłam w końcu do dietetyczki, która wskazała mi kilka podstawowych błędów. Od 3 miesięcy pilnuję więc ilości białka, węglowodanów i tłuszczy, nie omijam posiłków potreningowych. Migdały i orzechy, które zjadałam pomiędzy posiłkami w ilościach hurtowych (a które po ćwiczeniach wcale nie są dobrym źródłem białka, tylko tłuszczu obciążającego i tak zasapaną wątrobę), zastąpiłam pomidorkami koktajlowymi – są słodkie prawie tak jak cukierki i przeciwdziałają nudzie w buzi. Przeszłam też przez burzliwy etap notowania każdej kalorii, ale aplikację usunęłam w momencie, gdy na pyszne i zdrowe jedzenie zaczęłam patrzeć krzywo, bo nie zawierało wymarzonych 30 gramów białka w porcji. Podsumowując, dzięki ćwiczeniom jem jeszcze zdrowiej: ryba kilka razy w tygodniu, węglowodany złożone w pierwszych trzech posiłkach i warzywa (niemal) do woli na kolację. A jak było w tym tygodniu? Spadku motywacji nie zauważyłam, pilates i dwa treningi siłowe odbębnione. Jak dobrze, że dziś poniedziałek i znów będzie można poćwiczyć!

Diana: W zeszłym tygodniu dopadł mnie spadek motywacji. Nawet nie spadek, osiągnęłam dno. Ale od początku. Zaczęłam ćwiczyć, żeby poczuć się lepiej i żeby pozbyć się kilku kilo. Po czterech miesiącach w miarę regularnych treningów stałam się cięższa o sześć kilogramów (sic!). Nie martwiło mnie to. Wszyscy powtarzają, że tkanka mięśniowa waży więcej niż tłuszczowa, że najpierw trzeba mieć czym spalać kalorie i tym podobne frazesy. Usłyszałam nawet kilka razy, że zeszczuplałam. Niestety nic z tego. Przypakowałam, ok, czuję że mam bicek, a poślad się podniósł, ale o zmniejszeniu jakichkolwiek obwodów nie ma mowy. Spodnie nie są luźniejsze, ani w pasie, ani w łydce, ani nawet w kolanie. Jednym słowem: masakra! Przez cały ten czas trochę bardziej zwracałam uwagę na to, co jem. Znam teorię: 5 posiłków dziennie, rano węglowodany złożone, wieczorem białko, dużo warzyw, dużo wody, ale nie tej zwykłej, tylko wysoko mineralizowanej, owoce na czczo albo po treningu itd. Ta wiedza nie ustrzegła mnie oczywiście przed słodyczami, lodami i kotletami mielonymi, ale nie folgowałam sobie codziennie i w nadmiarze. Niestety waga zatrzymała się w miejscu (może powinnam się cieszyć, że nie idzie w górę?). Tak właśnie dotarłam do zeszłotygodniowego załamania. Z wewnętrznego przymusu i bez przekonania odbębniłam trzy treningi, niezbyt intensywne i oszukiwane, zjadłam furę ziemniaków i jednego wieczoru całą wielką pizzę, którą zapiłam gazowanym napojem. Dalej bez zmian… I po co wstawać od stołu?

Paweł: Ciężko się przyznać, ale zaliczyłem straszny falstart. Wymówki można mnożyć. Niskie ciśnienie, dużo pracy, upały… Nic z tego. Po prostu dałem plamę, nie chciało mi się, pokonały mnie słabości! Plan powrotu do formy zakładający godzinę ćwiczeń dziennie od poniedziałku do piątku przekładam na od dziś. Udało się natomiast wytrwać w diecie. Okazuje się, że 1500 kcal dziennie to dawka, która pozwala przeżyć. Ważne jest, że dieta, którą stosuję, jest smaczna i różnorodna. Sałatki na bazie komosy ryżowej, sporo warzyw, zupy krem, kasze i ryby. Pięć małych porcji dziennie. Dziś ostatecznie dołączam ćwiczenia i czekam, aż z brzucha stoczy się oponka!

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: