Wstały od stołu: Tydzień 6. - KUKBUK

Wstały od stołu: Tydzień 6.

Piwo czy siłownia? Upał jest idealny na ćwiczenia, bo człowiek jest spocony, zanim zacznie rozgrzewkę!

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

6

Wstaly od stolu kukbuk

Agata Michalak: Motywacja jest siłą sprawczą całego tego zamieszania. Bez niej ani rusz – ani ręką, ani nogą! A i jednym, i drugim machałam w tym tygodniu sporo, bo najpierw, podczas pięciodniowej wizyty w Madrycie, schodziłam całe miasto na piechotę, a potem, przy kosmicznych upałach, które jednak blakły w porównaniu z tymi w Hiszpanii, biegałam trzy razy po Warszawie.

Przy takiej pogodzie da się wyjść na przebieżkę tylko rano, na przykład o dziewiątej w sobotę, albo późno wieczorem. W obu przypadkach warto mieć towarzyszy – nic tak nie dopinguje jak poczucie, że nie możemy być gorsi niż inni albo że zawiedziemy pokładane w nas nadzieje. Z drugiej strony nic tak nie pociesza jak świadomość, że oto normalnie piłoby się piwo nad Wisłą, a zamiast tego wyciska się siódme poty, biegnąc nadwiślańską ścieżką i podziwiając z drugiego brzegu kuszące światła Placu Zabaw. W tych okolicznościach po prostu czuję, jak moje ciało spręża się w sobie, tężeje i krzepnie. Triumf woli i wola mocy w jednym!

Jedyne, na czym w tym tygodniu oszczędzałam ze względu na upały, to odległości – tym razem było krócej, bo raz siedem, a raz niespełna pięć i pół kilometra. Podczas porannego sobotniego treningu, moderowanego przez trenerów grupy biegowej BMW, na szczęście też nas oszczędzano, oprócz interwałów zadając nam tak zwane ćwiczenia stabilizujące. Efektem tego przez cały weekend kichałam i kaszlałam (alergia), trzymając się za brzuch, bo te właśnie mięśnie najbardziej ucierpiały (lub skorzystały, zależy, jak patrzeć). W kolejnym tygodniu może w końcu uda mi się wykonać przykazane cztery treningi w tygodniu. Trzymajcie kciuki!

Wstaly od stolu kukbuk

Basia Starecka: Czy motywację można znaleźć na plaży? Szukałam jej zawzięcie w trakcie służbowych wypadów nad Bałtyk i mazurskie jeziora. Niestety, tematem przewodnim moich podróży było jedzenie i wnikliwe poznawanie lokalnej oferty gastronomicznej. Co chwilę więc, pomiędzy śledziem a makrelą, wracało do mnie jak bumerang powiedzonko ćwiczącej znajomej. Agnieszka, w momentach braku motywacji, powtarza sobie: „d… się sama nie zrobi”. Zatem jakimś cudem, po zjedzeniu czterech obiadów, udało mi się zebrać w sobie, wstać od stołu i stoczyć w hotelowe podziemia, gdzie odnalazłam rzadko odwiedzane przez gości minisiłownie. Pomna zaleceń trenera, wykonałam dwa treningi rekrutów (pompki i martwe ciągi) połączone z bieganiem na bieżni, oblewając się przy tym straszliwie potem, ponieważ nie było tam klimatyzacji. Rzucałam się również w odmęty mazurskich jezior – zarówno wpław, jak i na rowerze wodnym. Zawsze coś, myślałam. Resztę zapasów motywacji zostawiam sobie na rozpoczynający się właśnie tydzień, przy tych temperaturach będzie potrzebna!

 

Kasia Stadejek: Tydzień zaczął się dobrze, bo wizytę na siłowni rozpoczęłam od wejścia na maszynę zwaną analizatorem składu ciała. Wypluła z siebie kartkę, z której wynikało, że przez pół roku moich sportowych zmagań ubyło mi trzy kilogramy czystego tłuszczyku, pędzonego redakcyjnym podjadaniem czekolady i tortów bezowych. Na jego miejscu pojawiło się półtora kilograma mięśni, a mój wiek metaboliczny spadł do 14 lat. Niesiona dobrymi wieściami oddałam się rozkosznemu pakowaniu na siłowni, a następnie pakowaniu na Open’era, który zdominował resztę mojego tygodnia. Warunków do ćwiczeń innych niż muzyczne podrygi i bieganie z koncertu na koncert w zasadzie nie było, nastąpiła też pauza w zdrowym odżywianiu – pizzę i burrito popijałam rozcieńczonym piwem, musiałam też przecież spróbować trójmiejskich lodów, do których zachęciła mnie KUKBUK-owa mapa. Nie wiem. co na to analizator.

 

Diana Kosiorek: Miało być o braku motywacji, ale w tym tygodniu niczego takiego nie odczułam. Zaliczyłam pięć treningów (ha! I kto jest debeściak?), dwa TRX-y, dwa treningi cardio i jeden crossfit, i odkryłam wspaniałe urządzenie – ergometr. Czyli popularne wiosła, które można znaleźć w większości siłowni. Najlepsze połączenie odpoczynku i ciężkiej pracy. Wystarczy usiąść, chwycić za wiosła, zamknąć oczy i wyobrazić sobie wielką wodę. Po kilku minutach przestaje się słyszeć wszystkie dźwięki poza miarowym szumem maszyny, szumem, który oczyszcza umysł tak dokładnie, że trening zamienia się w medytację, a czas mija niepostrzeżenie. Wprowadzam wiosłowanie do tygodniowego planu, nie widzę innej możliwości.

Odkryłam też, że upał jest idealny na ćwiczenia, bo człowiek jest rozgrzany i spocony, zanim jeszcze zacznie rozgrzewkę, dzięki czemu poziom zadyszki jest stały przez cały czas ćwiczeń. Można ćwiczyć w nieskończoność. Chyba że spodnie nie wytrzymają takiego napięcia. Moje nie dały rady. Przy kolejnym przysiadzie puściły szwy (sic! Co za wstyd), a ja przekonałam się, że owszem, można ćwiczyć w czymkolwiek, ale to cokolwiek zużywa się trzy razy szybciej. Czas na zakupy!

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: