Wstały od stołu: Tydzień 5 - KUKBUK

Wstały od stołu: Tydzień 5

Motyle w brzuchu i muskularne łydki – jakie mamy korzyści ze sportu?

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

5

wstaly od stolu kukbuk

Agata Michalak: No cóż, najlepszym miernikiem postępów jest kondycja ogólna. Jeśli dotąd nie mogłeś podbiec do autobusu, po miesiącu ćwiczeń biegowych już na pewno dasz radę. Jeśli 3 kilometry nie mieściły ci się w głowie, teraz spokojnie sobie poradzisz i zaczniesz z utęsknieniem myśleć o piątkach, siódemkach i dziesiątkach. Tak było ze mną. W pierwszym miesiącu moich treningów rok temu przeszłam od strasznego wyzwania, jakim był ciągły bieg przez pół godziny, do planów, by przebiec półmaraton w sierpniu tego roku. Realistycznych, dodajmy! Widzę, jak niemal z każdym treningiem poprawia się wydolność płuc, a nogi niosą mocniej i szybciej. Na wadze nie dostrzegam wielkich zmian, ale sylwetka nieco się modeluje – zniknął centymetr w obwodzie w pasie, kończyny jakby się wydłużają… Zobaczymy, jak będzie za miesiąc!

 

Najlepsze jest jednak moralne zwycięstwo nad własnym lenistwem i to przekonanie, że kiedyś pukałabym się w głowę, słysząc sugestie, że mogę czerpać z tego przyjemność. Teraz śmieję się w duchu, widząc zaskoczone miny zaprzyjaźnionych kucharzy i dziennikarzy kulinarnych na wyjeździe służbowym, którzy nie wierzą swoim oczom, widząc mnie z uroczym Krzysiem Bugierą z restauracji Metamorfoza (pamiętacie go z trzeciej edycji „Top Chefa”?) wracających przed 9 z przebieżki po lesie (i pod górę!). I nawet jeśli po drodze sapiemy i wypacamy te wszystkie przyjęte wcześniej nalewki i wina musujące, to i tak czujemy, że z każdym mocnym wydechem i podskokiem jesteśmy coraz zdrowsi!

 

Basia Starecka: Czas na małe podsumowanie. Waga nie spadła. Wręcz przeciwnie. Od tego taszczenia ciężarów, wiosłowania, robienia martwych ciągów i pompek przybyło mi ponad kilogram. Mięśni najwyraźniej. Obserwuję, jak łydki i uda zarysowują się pięknie napiętą cięciwą. Mogę również klepnąć się z zadowoleniem w udo i nie wprawić się tym samym w niekończące się wibracje. Jest twarde jak skała! Brzuch się nawet rzeźbi, choć wciąż pod kołderką sadełka. Zmiany w sylwetce bardzo motywują, ale chyba najbardziej świetne samopoczucie po treningach. Chcę mi się śpiewać, biegać i iść na wagary. Nawet po ciężkich seriach dla rekrutów jak widoczne na zdjęciach ćwiczeniach burpees z minionego tygodnia. Mam o wiele więcej energii o poranku, niż po wieczorze spędzonym na kanapie. I coraz mniej ochoty na słodycze. Na rybkę? Owszem. Wiadomo, białko.

 

Kasia Stadejek: Mówią, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. I chyba mają rację, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że ja, osoba, która nienawidziła zajęć wychowania fizycznego z całego serca, pogardliwie ignorowała lecące w jej stronę piłki i pokrywała się purpurą po 60 metrach biegu, teraz z własnej woli trzy razy w tygodniu zjawia się na siłowni i wychodzi cała w euforii? Z każdym treningiem da się podnieść więcej, pobiec dalej i wytrzymać coraz to dziwniejsze pilatesowe wygibasy, tak jak to było w tym tygodniu. Na siłowni wycisk dostał brzuch, na basenie wypływałam zmęczenie pracowitym dniem, a w sobotę wstałam bladym świtem, żeby trenować interwały z szykującą się do półmaratonu drużyną BWM.

 

Sportowe życie weszło mi w krew do tego stopnia, że to pod treningi układam resztę zajęć i spotkań, a nie odwrotnie. Waga nie spada, ale robię się sprężysta, a mięśni przybywa, na co wskazują pomiary składu ciała. Bezcenne są te chwile zaskoczenia, gdy nagle odkrywam ich zarys na brzuchu, ramionach czy plecach. Inne korzyści też są: od pół roku ani razu nie miałam kataru, codzienne wnoszenie żelaznego roweru na drugie piętro nie sprawia mi żadnych trudności, a energii życiowej przybywa w każdym aspekcie. Na przykład ciągle chcę więcej, może teraz ścianka wspinaczkowa?

 

Diana Kosiorek: Duma rozpiera, poziom samozadowolenia rośnie, energii przybywa. Tak jest po pierwszych tygodniach ćwiczeń, gdy zakwasy już tak nie męczą. Są oznaką, że na treningu dałam z siebie więcej, a ilość powtórzeń zaczynam liczyć w dziesiątkach. Nie przypuszczałam wcześniej, że zwykłe machanie kończynami może dawać taką satysfakcję. Teraz mam wyrzuty sumienia kiedy nie udaje się dotrzeć do klubu. Poczucie, że z każdym dniem jestem sprawniejsza – to jest coś!

 

Ale euforia nie trwa ciągle. Mam chwile zwątpienia, szczególnie gdy wskazówka wagi przesuwa się nie w tę stronę, w którą bym chciała. No bo po co się wysilać przy kolejnych sit-upach i zabójczych burpees, skoro „sześciopak” pozostaje ukryty pod warstwą izolacji? Czy nie lepiej, leżąc na kanapie, odpalić ulubiony serial? Tak siebie pytam codziennie i bez zawahania pakuję sportową wyprawkę do plecaka. A serial i tak obejrzę, na bieżni.

© KUKBUK 2017