Wstały od stołu: Tydzień 29. - KUKBUK

Wstały od stołu: Tydzień 29.

Nie ma mowy o spadku formy, sport coraz bardziej pochłania Kukbuczyce!

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

29


Zdjęcia: Instagram


wstaly od stolu kukbuk

Kukbuczyce aktywnie spędziły ferie, odkrywając nowe formy treningu. A także – co ważniejsze – zalety jego zwiększonej częstotliwości. 

 

Agata Michalak: Zaraz z pewnością przeczytacie, jak to pierwszy raz po latach Basia odkryła moc drzemiącą w treningu na sucho przeprowadzonym przed wyjazdem na narty. Ja w tym tygodniu też dokonałam pewnego odkrycia – że jestem zdolna zostać fitness freakiem. Otóż postanowiłam pójść na dwie godziny zajęć z rzędu. Wiem, wiem, to nic szczególnego, przecież często zdarzało się, że nasze treningi biegowe trwały blisko dwie godziny. Ale to o tyle istotne, że znamionuje zbliżanie się do pewnego stylu życia, który nazwałabym fitnessowym. Jego zwolennicy praktycznie mieszkają na siłowni czy w klubie sportowym i swój wolny czas rozdzielają pomiędzy najciekawsze aeroby i treningi siłowe, tak jak inni pomiędzy kino, wyjście ze znajomymi do knajpy, lekturę książki czy serial. Prowadzą na przykład takie rozmowy: – Jutro chyba przejdę się na TBC, a potem na pilates, a w weekend trochę odpocznę. – Nie będziesz ćwiczyć w ogóle? – Tak jakby, zrobię tylko trening crossfitowy o poranku!

 

Nie sądziłam, że kiedykolwiek będzie mi dane aspirować do tej grupy, a tu proszę. Wystarczyło, że zostały mi jeszcze dwa terminy w karnecie do wychodzenia, dwa dni i jedno zajęte popołudnie. W poniedziałek zaliczyłam więc najpierw obezwładniający godzinny trening Oh Girls z Anią K., który bardzo lubię za czułe podejście do problematycznych kobiecych miejsc (czytaj: wycisk dla pośladków, ud i ramion), a potem – godzinkę z Oh Flex Plecy, również z Anią, czyli stretching ukierunkowany na rozciąganie lędźwiowego odcinka kręgosłupa. Przez trzy kolejne dni czułam każdy mięsień w ciele, ale było mi z tym nadzwyczaj dobrze. Na tyle, że dziś wybieram się uczcić koniec ferii w Oh Lali na imprezie już zupełnie nie fitnessowej, lecz tanecznej. Wpadacie?

 

Basia Starecka: Byłam na prawdziwych feriach! Nawet z własnym dzieckiem! Co prawda tym wewnętrznym, ale za to jak dokazywało! Do dyspozycji była bajka – piękne, wysokie, budzące respekt ośnieżone stoki Alp, dużo słońca i sera na zagryzkę. W związku z tym całe dnie spędzałam na stoku. Przyznaję, że po siedmiu latach przerwy jechałam na narty z małymi obawami. Kupiłam nawet kask (nigdy wcześniej w nim nie jeździłam), lękając się o własne bezpieczeństwo po latach narciarskiego bezruchu. Tymczasem! Już pierwszego dnia, już po pierwszym zakręcie okazało się, że może i miałam długą przerwę, ale nigdy w życiu nie byłam lepiej przygotowana do nart! Ćwiczenia pod okiem trenera nie poszły na marne. Trening funkcjonalny poprawia jakość życia, sprawność całego ciała, przygotowując je na każdą ewentualność. I tak poczułam, że pomiędzy deskami a głową mam do dyspozycji niezawodną, niezniszczalną, obdarzoną supermocą maszynę w postaci nóg. Rozpierała mnie duma z moich dzielnych czworogłowych! Ani drgnęły, gdy przeskakiwałam kolejne muldy, a kiedy pokropiło trochę deszczem i puszyste stoki przeobraziły się w kryształowe tafle lodu, mocno trzymały krawędzie nart, nie pozwalając mi się ześlizgnąć ani stracić pionu. Tu dowód!

 

Jeździłam więc najdłużej jak się dało, bo do alpejskiego trybu życia w sekundę przystosował się również mój zegar biologiczny – kładłam się spać o 22:30, by następnego dnia stanąć w kolejce do wyciągu o 10:00. Na stoku spędzałam aktywnie 5-6 godzin dziennie z krótkimi przerwami na posiłek. Co ciekawe, nie miałam nawet zakwasów, a przecież każdy amator białego szaleństwa wie, że trzeciego dnia zawsze przychodzi kryzys. Nic z tych rzeczy, co najwyżej doskwierało mi uczucie spięcia mięśni, które starałam się jednak rozciągać po całodniowej jeździe. Po tygodniu codziennego ruchu ciężko się było przestawić na miejski bezruch. Dlatego prosto z samolotu popędziłam na jogę, potem na łyżwy i kolejne treningi pod okiem trenera!

wstaly od stolu kukbuk

Kasia Stadejek: Luty jest miesiącem nie tylko najkrótszym, lecz także najbardziej paskudnym. Może dlatego sportowy plan realizuję z wielką zaciętością. Wreszcie udało mi się wyleczyć z przeziębienia i mogłam ruszyć z kopyta. W minionym tygodniu byłam na siłowni aż trzy razy. Przez przynajmniej godzinę pociłam się nieprzytomnie na stepperze, bieżni i wiosłach, w miarę dostępności dokładając do tego jeszcze trochę ciężarów – tłum na siłowni nie maleje. Do zabaw ze sztangą dołączyłam przysiady, które zaowocowały przyjemnymi zakwasami w pośladkach. Nareszcie! Tęskniłam za tym bólem. Porządnie przykładam się też do rozciągania, szczególnie spiętych pracą przy komputerze pleców. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko przyzwoitej pogody, czuję, że nogi zaniosłyby mnie daleko!

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: