Wstały od stołu: Tydzień 27. - KUKBUK

Wstały od stołu: Tydzień 27.

Kukbuczyce podglądają inne ćwiczące kobiety. Jak zachowują się wobec siebie i z jakim nastawieniem okupują maszyny?

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

27


Zdjęcie: pixabay


wstaly od stolu kukbuk

Po paru miesiącach intensywnych treningów jesteśmy już w stanie ocenić stopień determinacji i zaawansowanie w sporcie ćwiczących wokół nas kobiet.

Co oglądamy najczęściej? Emanację kompleksów i pozorów czy przeciwnie, wzorowy przykład zaangażowania w realizację wyznaczonych celów? A może, podobnie do niektórych mężczyzn, kobiety traktują przestrzeń klubów sportowych jako odpowiednią do tańców godowych?

 

Agata Michalak: Dziewczyńskość w fitness clubie i na bieżni w ogóle mi nie przeszkadza. Wręcz cieszę się, gdy widzę pełną rozpiętość wiekową i różne kobiece strategie stosowane w sportowej sytuacji. Są oczywiście prymuski, są i leserki, osoby zdeterminowane, by dobrze się bawić, kobiety zawsze ścigające się nie z innymi kobietami, tylko z mężczyznami, i laski, które przyszły na trening, by przede wszystkim wyglądać.

 

Ja, jak już wiecie, prymuską póki co nie jestem, sytuuję się więc gdzieś pomiędzy osobami czerpiącymi radość (lub przynajmniej usiłującymi) z wysiłku a leserkami. Na Oh Girls w klubie Oh Lala wciąż wypacam więcej niż przeciętna, ale że pot nie całkiem zalewa mi oczy, przyglądam się uważnie koleżankom w sali. Pierwszy rząd, jak zawsze, jest najbardziej wczuty, przeważają w nim dziewczyny chodzące zapamiętale „na rurkę”, czyli pole dance – flagowe zajęcia w Oh Lali, od których wszystko się zaczęło. Wydaje mi się z obserwacji, że jako najbardziej wtajemniczone, zżyte ze sobą i z trenerkami stanowią najwyższą kastę. Są też oczywiście najbardziej wysportowane. Obstawiam, że to także one zapełniają zajęcia o siódmej rano, ale nie planuję na razie weryfikować tego przekonania osobiście. Rząd drugi to dziewczyny już wtajemniczone, ale chodzące raczej na specyficzne zajęcia, które najbardziej przypadają im do gustu – ani fanatyczne, ani zapóźnione, gdzieś pośrodku. Do tej grupy na razie aspiruję. Trzeci rząd zaś to osoby okazjonalnie wpadające na zajęcia, te motywowane noworocznymi postanowieniami i osoby niedopasowane, których miny i ociąganie się wydatnie wskazują na to, że zdecydowanie wolałyby być gdzie indziej. Chociażby w knajpce The Cool Cat od frontu – i popijać tam oryginalne drinki.

 

W grupach biegaczek z kolei do przodu zazwyczaj prą zmotywowane matki dzieciom. Dla tych kobiet bieganie jest odskocznią od codzienności i realnie jedyną w ciągu dnia czy tygodnia chwilą dla siebie. Nic dziwnego, że w tej determinacji poprawiają wyniki i zapisują się na biegi masowe o coraz dłuższych dystansach. Mniej szanuję tylko wspomniane dziewczyny, dla których inne kobiety nie są już wyzwaniem i które ścigają się wyłącznie z chłopakami. Bo jest w tym coś antyfeministycznego, jakieś przekonanie, że prawdziwe sukcesy sportowe osiągają tylko mężczyźni.

 

Basia Starecka: Sztuczne rzęsy, teatralny makijaż i kokieteryjne pozy przy maszynach do ćwiczeń. Tak wygląda i zachowuje się mniej więcej połowa ćwiczących w mojej siłowni pań. Tyle samo jest próbujących zainteresować sobą otoczenie mężczyzn. Obie grupy posługują się nieco odmiennymi środkami, by osiągnąć cel, którym jest złowienie spojrzenia płci przeciwnej – panie ćwiczą tak, aby wyglądać atrakcyjnie, panowie zaś wyciskają z siebie ostatnie poty, by podkreślić swój nieziemski wysiłek. Ich starania odbieram jako element swoistego folkloru sieciowych siłowni, element niegroźny raczej. Kto wie, może trening to dla nich jedyna okazja do zadzierzgnięcia znajomości? Malowane lale zaczynają mnie wkurzać dopiero, gdy przyłapię którąś na pogardliwym spojrzeniu rzuconym naprawdę ćwiczącej dziewczynie: spoconej, oddanej sprawie, próbującej przewalczyć własną niemoc. Zamiast babskiej solidarności, kobiecej sztamy pojawia się wtedy sucza satysfakcja. Może sport wyzwala w nas pierwotne instynkty, rywalizację, o której pisałyśmy ostatnio? Pocieszająca jest druga grupa ćwiczących lasek. Wśród nich są nawet takie, które serdecznie się do siebie uśmiechają.

 

Kasia Stadejek: Niech szlag trafi noworoczne postanowienia, które wymyślił sobie naród i przez które dojście do umywalki w szatni na siłowni graniczy z cudem. Nie sposób umyć rąk ani łyknąć chłodnej wody z kranu, bo lustra są okupowane przez poprawiające makijaż dziewczęta. Co ciekawe, robią to przed ćwiczeniami, po włożeniu na siebie perfekcyjnie dopasowanych kolorystycznie getrów, topów i opasek podtrzymujących błyszczące włosy. Jeszcze tylko psiknąć się perfumami i można wejść na bieżnię, przespacerować się, machając kucykiem. Następnie chwila oddechu na kanapie, akurat na ploteczki i złowienie trenera, który wyjaśni, jak ćwiczyć „pelikany”, czyli triceps. Gdyby im jeszcze coś zwisało, to ja rozumiem, lecz nie – sylwetki mają zwykle równie perfekcyjne jak stylizacje i fryzury. Nie chcę być złośliwa, ale opary perfum i zajęte, a przy tym niezbyt intensywnie wykorzystywane maszyny i ciężarki działają mi na nerwy. Oprócz wyżej opisanej kategorii pozorantek na siłowni spotykam autentyczne pakerki – spocone, czerwone i zadowolone z wykonanego wysiłku. Tym przybijam piątkę, podobnie jak wszystkim mijanym na zaśnieżonej trasie biegaczkom!

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: