Wstały od stołu: Tydzień 26. - KUKBUK

Wstały od stołu: Tydzień 26.

Kukbuczyce wciągnęły się w sportową rywalizację. Są pierwsze zakłady i nagrody!

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

26

wstaly od stolu kukbuk

Diana rzuciła noworoczne wyzwanie – w jak najszybszym czasie odbyć 150 godzin treningu. Do rywalizacji stanęła Basia. Na razie idą prawie łeb w łeb, z małą przewagą, półtorej godziny, dla Diany! Rywalizacja ma wzmocnienie pozytywne – pierwsza, która przekroczy linię mety, zjada tort upieczony przez tę drugą. W końcu projekt „Wstały od stołu” zrodził się nie tylko z chęci poprawy kondycji i sprawności ciała, lecz także z apetytu na słodycze. Treningi miały nas z niego rozgrzeszyć. Nuta rywalizacji może nam w tym tylko pomóc!

 

Agata Michalak: Moją ścieżką do sportowej socjalizacji był tenis – sport tyleż elegancki, ile konfrontacyjny. Nie sposób w niego grać i z nikim nie rywalizować. Dlatego też, mimo że nie doszłam nigdy do poziomu profesjonalnego, element konfrontacji – choćby w postaci debla granego o przechodnią butelkę żołądkowej gorzkiej (serio! Wspomnienie z czasów studenckich) – zawsze był w moim życiu obecny. Potem przekładał się na namiętnie wówczas uprawiane pływanie (zawsze można próbować prześcignąć kolegę) i ping-ponga (ściana obrony, przez którą nie przedrze się żadna ścina!). Fast forward o 15 lat i oto próbuję swoich sił w dyscyplinach zupełnie obcych: bieganiu na długie dystanse, czego jako dziecko serdecznie nie znosiłam, i fitnessie, różniącym się wszystkim od lubianej przeze mnie jogi. Już nie jest mi tak łatwo odnaleźć się z moją ambicją nadążania i prześcigania. W bieganiu w zasadzie doszłam z tym do ładu: postępy objawiają się bardzo, bardzo powoli i są wprost proporcjonalne do czasu włożonego w treningi. Wydaje się oczywiste? Nie mnie, której tenis i pływanie przychodziły nad wyraz łatwo. Jeśli zaś chodzi o fitness, jestem na początku drogi, więc rywalizować na razie nie bardzo się da. Ale już czuję, że większą sympatię budzą we mnie zajęcia taneczne, nie aerobowe. Odkryłam to na fantastycznych zajęciach Ani Jujki w Oh Lali w zeszłym tygodniu i mam ochotę na więcej. Jaki z tego wszystkiego wniosek? Że najbardziej chyba lubię rywalizować w tym, co przychodzi mi z najmniejszym trudem!

 

Basia Starecka: Diana narzuciła tempo. Wprawdzie 150 godzin to nieco ponad dwie godziny treningu tygodniowo, czyli niedużo, z palcem w nosie nawet, ale chodzi również o to, która zrobi je najszybciej. Do treningów dorzuciłam zatem łyżwy. Zaparłam się i na lodzie spędziłam ostatnio godzinę. Na dowód mam zakwasy w łydkach i pośladkach. Cieszę się, że przy okazji ślizgania się przygotuję sobie nogi do jazdy na nartach, którą po siedmiu latach przerwy będę kontynuować pod koniec miesiąca w Alpach. Z drugiej strony myśl o ewentualnej przegranej w zakładzie nie jest wcale taka zła. Będę mogła dogodzić Dianie jakimś smakołykiem. Już nawet wiem jakim. Mój tort dla niej będzie o smaku pierników (http://kukbuk.com.pl/gotuje-sie/4283,najlepszy-przepis-na-choinkowe-pierniczki).

 

Kasia Stadejek: Pierwszy tydzień roku upłynął niezbyt sportowo. Siarczyste mrozy uniemożliwiły bieganie, a gdy już zelżały, pojawił się nowy problem, mianowicie obcierające buty. Po dwóch latach albo się zużyły, albo przytyła mi stopa – wolę tego nie analizować, ale pora wybrać się do sklepu. Ostatnie przepełnione bólem tchnienie wydałam w nich podczas dziewięciokilometrowego biegu w Święto Trzech Króli, które na noworoczne ćwiczenia i spacery wybrały sobie całe rzesze warszawiaków – park Skaryszewski pękał w szwach, łącznie ze ślizgawką na jeziorze. Zgodnie z przewidywaniami siłownia w ubiegły poniedziałek też była pełna nowych twarzy. Nie sposób było wspiąć się na stepper, o sztangę do martwego ciągu musiałam walczyć jak lwica, a maty do rozciągania tajemniczo poznikały po kątach, okupowane przez rozszczebiotane dziewczęta w pełnym makijażu i z puszystymi fryzurami. Na mojej siłowni typowe dla nowicjuszy jest noszenie gumowych opasek z kluczykami na nadgarstkach – każdy wytrawny paker wie, że majtając się, utrudniają ćwiczenia – oraz pozakreślanych na kolorowo planów treningowych – my, stali bywalcy, znamy je już na pamięć. Przepychanki przy maszynach to jedyny element rywalizacji, jaki planuję na najbliższe miesiące – aż im się znudzi i wróci błogi spokój. 

 

Diana Kosiorek: No i nie ma odwrotu. Zakład został przecięty, trzeba wziąć się w garść i działać, a raczej ćwiczyć. Na razie nie zraża mnie świadomość, że jego koniec przypadnie najwcześniej latem. Może to nawet lepiej, nagroda będzie smaczniejsza! Chyba że redaktorka Starecka podkręci tempo. Ale nie ma co gdybać, tylko podsumować zeszły tydzień: wytrenowałam pięć i pół godziny. Całkiem dobry wynik, biorąc pod uwagę pogodę, od której odechciewa się wszystkiego. Właśnie z jej powodu wróciłam do ćwiczenia na własnym dywanie. Przy akompaniamencie aplikacji treningowej i głosu miłej pani, która mówi, co należy robić i w jakim czasie, spędziłam jedną z wyznaczonych godzin. Ćwiczenie w domu ma swoje plusy, choćby takie, że od razu po rozciąganiu można wskoczyć do własnej wanny na kolejną godzinę domowego spa.

© KUKBUK 2017