Wstały od stołu: Tydzień 24. - KUKBUK

Wstały od stołu: Tydzień 24.

Pierwszy KUKBUK ukazał się trzy lata temu. Co w życiu Kukbuczyc było wtedy ważniejsze, sport czy tort?

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

24

wstaly od stolu kukbuk

Agata Michalak: Trzy lata minęły. Może nie jak jeden dzień, ale na pewno szybciej, niż byśmy chcieli. W tym czasie przeszłam jedną sportową przemianę – zaczęłam biegać. Oczywiście wymusiła ją wzmożona konsumpcja, która wraz z rozwojem magazynu raczej tylko przybiera na sile. Na pewno wiem już znacznie więcej o tym, jak jeść w sposób zrównoważony i zdrowy, ale nie zmienia to faktu, że nadal jestem sobą: ulegam kulinarnym pokusom. Dlatego więc intensyfikuję swoją sportową aktywność, zamiast ją ograniczać. Na początku historii KUKBUK-a moim sportem z wyboru było pływanie – szczególnie było mi z nim po drodze, gdy redakcja mieściła się przy ulicy Oleandrów, u której wylotu jest basen. To tam pławiłam się wówczas najczęściej i najchętniej. Pewnie byłoby tak do dziś i bieganie uważałabym tylko za sezonowy dodatek do przepływanych kilometrów, gdyby nie problemy z szyją mojej przyjaciółki, które uniemożliwiły jej kręcenie głową pod wodą w żwawym kraulu. A że towarzyskie ze mnie zwierzę, razem z nią przerzuciłam się na bieganie całoroczne. W grudniu robię akurat miesięczną przerwę w profesjonalnych treningach z przyjaciółką i trenerem (trudno jest w tej ciemnicy i na mrozie dotrzeć na drugi koniec miasta, żeby pobiegać pod czujnym okiem Patryka), poprzestając na samotnych wypadach i, być może, na podchodach do zajęć grupowo-salowo-aerobowych. Będę dawać znaki, co z podchodów wynikło!

 

Basia Starecka: Agata zapomniała, że trzy lata temu, kiedy żwawo zabierałyśmy się do testowania niezapomnianych przepisowych przebojów z pierwszego numeru, czyli pałaszowania tarty cytrynowej, trójwarstwowego tortu czekoladowego, chlebka elfickiego popijanego pomarańczową nalewką z kawą, chadzałyśmy również na zajęcia zumby! Do szkoły tańca było niedaleko, bo znów z ulicy Oleandrów trzeba się było wybrać do pobliskiej Riviery. Pamiętam, że ochoczo kręciłyśmy pupami do latynoskich rytmów, ale głównie się chyba chichrałyśmy. Mieszkałam wtedy na Żoliborzu i stamtąd codziennie jeździłam do pracy. Pamiętam, że wyzwaniem było pokonanie na rowerze podjazdu na kładkę nad Dworcem Gdańskim! Poza tymi dwoma aktywnościami oddawałam się słodkiej, bezrefleksyjnej konsumpcji, na przykład zjadając sporą ilość z trzech tysięcy trufli, które wyprodukowaliśmy na zimowy Urban Market. Agitowałyśmy wtedy naszych przyszłych czytelników (dobrze to widać na zdjęciu). To była nie lada sztuka, bo nie miałyśmy jeszcze wydrukowanego magazynu, a jedynie plakat z okładką! Paczki z drukarni pojawiły się chwilę potem, więc trufle zapijałyśmy szampanem (na zdjęciu pierwsza uroczysta lampka z literką „B”, która była KUKBUK-ową maskotką). Przyjemności wciąż nie brakuje, zumbę zastąpił jednak trening z ciężarami. Pojawienie się obciążenia w moim życiu przyszło w parze z kolejnymi, coraz większymi obciążeniami żołądka.

wstaly od stolu kukbuk

Kasia Stadejek: Trzy lata temu w porze obiadu wymknęłam się z pracy, żeby kupić pierwszy numer KUKBUK-a. Przyniosłam w torbie jak skarb, wyjęłam na biurko i zapach farby drukarskiej rozniósł się po biurze, w którym do jedzenia były tylko płatki kukurydziane w słoiku. W tramwaju, wracając do domu, wpatrywałam się w zupę serową Moniki Waleckiej, w domu zjadłam pewnie jakieś kanapki. Ważyłam kilka kilogramów mniej, ale mięśni nie miałam prawie wcale. Po minucie ciągłego biegu rzęziłam jak wiekowy starzec, trzy kilometry przerywane marszem to był szczyt możliwości, a podbieg do tramwaju kończył się zadyszką przez cztery przystanki. Dziesięć basenów wykańczało mnie doszczętnie, podobnie jak wejście na piąte piętro – mroczki przed oczami i tygodniowe zakwasy w łydkach. Dlatego wybieram stan obecny, ze wszystkimi jego urokami! 

© KUKBUK 2017