Wstały od stołu: Tydzień 15. - KUKBUK

Wstały od stołu: Tydzień 15.

Jak zaplanować dietę pakera? Nosić ze sobą konserwy rybne, miksować ryż na omlet, a może popijać białkowy koktajl?

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

15


Zdjęcie: Diana Kosiorek


wstaly od stolu kukbuk

Kukbuczyce stoją przed dietetycznym wyzwaniem: co jeść, żeby mieć siłę trenować, a ćwiczenia przynosiły efekty? Odpowiednio bilansować posiłki i planować je z wyprzedzeniem. Oznacza to taszczenie do redakcji pudełek z przygotowanym wcześniej jedzeniem oraz spożywanie więcej białka niż dotychczas (ale nie za dużo, żeby nie przebiałczyć!). Jak Kukbuczyce radzą sobie z takim logistycznym zadaniem?

 

Basia Starecka: Żeby pakować, trzeba odpowiednio dobrze zjeść. I nie chodzi wcale o ilość, ale o odpowiednią kompozycję dań. Przed treningiem potrzebuję węglowodanów, bez nich nie mam pary, sztanga mnie przygniata, ześlizguję się z bieżni. Nie za dużo, nie za mało, bo rachunek musi się zgadzać, a wynosi on 150 gramów węglowodanów, 112 gramów białka, 50 gramów tłuszczy dziennie (to równanie wyliczył mi trener, biorąc pod uwagę moją wagę i cele). Po siłowni też się przydają, chociaż czasami wystarczy banan. Wytrawni pakerzy przygotowują sobie pudełka z tuńczykiem, serkiem wiejskim i ryżem i otwierają je tuż po treningu. Podobno po wysiłku mamy tylko czterdzieści minut, by uzupełnić straconą na niego energię. Planowanie dziennego jadłospisu ćwiczącej Kukbuczycy nastręcza zatem problemów. Śniadanie jem w domu, ale do pracy powinnam zabrać lunch oraz dwa kolejne posiłki, które wzmocnią mnie przed treningiem i po nim. To zaczyna być karkołomne, gdy jeździ się rowerem. Po pierwsze – gdzie zmieścić te wszystkie pudełka, po drugie – kto ma czas gotować trzy obiady? Nie dziwię się więc, że zdesperowani pakerzy sięgają czasami do siłownianej lodówki, wypchanej po brzegi pakerskim fast foodem (ranking batonów proteinowych już wkrótce w naszym serwisie). Niektórzy, ci szczególnie wygłodniali, rzucają się nawet na zestawy z McDonalda. Wiem, bo widziałam – hamburgery, o ironio, smaży się na pokuszenie tuż pod pewną siłownią w centrum miasta. Ja nie upadam tak nisko. W awaryjnych sytuacjach sięgam po konserwy rybne. Jeśli wysypalibyście zawartość mojej torebki, to obok portfela i kalendarza z pewnością znaleźlibyście makrelę lub sardynki w oleju.

Kasia Stadejek: Mimo że ćwiczenia traktuję bardzo poważnie, jeszcze nie posunęłam się do jedzenia po treningu tuńczyka z ryżem z plastikowego pudełka. Siły uzupełniam zwykle bananem, czasami popijam go mlekiem czekoladowym, w którym zawartość węglowodanów, białek i tłuszczy jest podobno wręcz stworzona dla pakera. Po powrocie do domu przekąszam jeszcze twarożek z warzywami albo kawał makreli, do której żywię gorące uczucia. No właśnie, główna zmiana, jaka zaszła w moim odżywianiu, dotyczy ilości spożywanych ryb. Dorsz w puszce, rzeczona makrela czy wędzony śledzik pomagają windować poziom białka i mniej z nimi fatygi niż z mięsem. Moja miłość do twarogu i wszelkiego nabiału też całkiem nieźle wpasowuje się w proteinowe wymogi (teorie o jego rzekomej szkodliwości z premedytacją ignoruję). Żeby nie spaść z bieżni, kilka godzin przed treningiem wspomagam się miską makaronu orkiszowego. Nie mam sztywnego jadłospisu i nadal traktuję jedzenie bardziej hedonistycznie niż funkcjonalnie. Jeśli obiadowe plany są inne, tuż przed wejściem na siłownię wsuwam czasem owsiane ciastko czy energetycznego batona z ziaren i suszonych owoców (nie mylić z lepkim od syropu glukozowo-fruktozowego batonikiem musli). No i obowiązkowa micha kaszy, owsianki albo stos pełnoziarnistych naleśników na śniadanie – w końcu rower sam nie pojedzie. Muszę przyznać, że to bardzo pokrzepiające uczucie, bezkarnie jeść węglowodany. Przecież nie mogę zagłodzić mojego świeżo wyhodowanego bicka!

Diana Kosiorek: Od chwili zainicjowania akcji „zdrowe, regularne odżywianie” (w skrócie chodzi o dietę, ale to słowo ma złą sławę, więc staram się używać go oszczędnie) pudełka i torebeczki z dokładnie odmierzonymi porcjami wypełniają szczelnie połowę mojego plecaka. Drugą zajmują ubrania i buty na siłkę. Wcześniej pukałam się w głowę na widok wielkich lunch boxów i toreb termicznych. Teraz sama się zastanawiam, czy nie potrzebuję oddzielnej lodówki, żeby to wszystko pomieścić, bo co rano ogarnia mnie zachwyt na widok ilości, które zjem. Ale akcja wymaga odpowiednich przygotowań i planowania. Od zakupów i samego gotowania zaczynając, na odpowiednich porach jedzenia kończąc. Ta ostatnia kwestia bywa czasem problematyczna. Bo jak tu spontanicznie wybrać się na trening w środku dnia, skoro przygotowany obiad powinno się zjeść za dwadzieścia minut? Albo jak zjeść przegryzkę przedtreningową, jeśli w tym czasie jedzie się zatłoczonym metrem? Kończy się na tym, że jak prawdziwy paker wcinam obiad w samochodzie przed klubem (patrzcie zdjęcie powyżej). Chodzą słuchy, że najlepiej w takiej sytuacji wszamać koktajl białkowy na wodzie jeszcze w szatni, ale na razie chyba do tego nie dorosłam i wciąż cenię sobie smak tego, co jem.

Zdjęcie: Diana Kosiorek

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: