Wstały od stołu: tydzień 64. - KUKBUK

Wstały od stołu: tydzień 64.

Błoga nieświadomość czy totalna kontrola? Kukbuczyce zdradzają swoje patenty na opanowanie zjadanych kalorii.

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

64

WSTaly od stolu kukbuk

Ula Czumaj: Z dumą przyznaję, że kwestiami związanymi z jedzeniem pasjonuję się od najmłodszych lat. Zamiast jednak dążyć do bycia żywieniowym ekspertem, poprzestaję na byciu niefrasobliwą dyletantką. Nie wiem i niespecjalnie chcę wiedzieć, ile białka, tłuszczów i węglowodanów zjadam z każdym posiłkiem. Słowo „liczenie” pada u mnie raczej w kontekście gastronomicznych przechwałek. Na przykład legendy o liczbie zjedzonych przeze mnie gałek lodów z Bań Mazurskich obiegają rokrocznie powiat gołdapski. Jestem również znana z zasady, według której na każdy przejechany rowerem kilometr przypada dokładnie pół babcinego pieroga ruskiego.

Przestałam walczyć z tym ocierającym się o spożywczą ignorancję podejściem, kiedy odkryłam, że ilość mikroskładników i wartości odżywczych ma naprawdę nieznaczny wpływ na walory smakowe posiłków, a zbyt daleko posunięta świadomość żywieniowa wplątuje jedzenie w moralizatorstwo, które w najlepszym wypadku skutkuje u mnie zgagą i niestrawnością. Dlatego też sam pomysł liczenia kalorii budzi we mnie złość, a sprowadzanie jedzenia do surowych liczb zdaje mi się wręcz niegrzeczne.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie miałby przecież czelności zastanawiać się nad kalorycznością ciepłej marchwiowej halvy, którą dostaje się do garści na koniec wizyty w świątyni sikhów, tak samo jak nikt nie spyta peruwiańskiej gospodyni o ilość cukru w oferowanych przez nią kukurydzianych ciastkach alfajores.

Jeśli zatem ktoś zobaczy mnie z wagą kuchenną użytą w innym celu niż odmierzenie dokładnie 115 gramów masła potrzebnego do zrobienia brownie według przepisu Deb Perelman albo – o zgrozo – z aplikacją liczącą kalorie, proszę interweniować. Prawdopodobnie zostałam porwana i próbuję wysłać zaszyfrowane znaki.

wstaly od stolu kukbuk pierogi
WSTaly od stolu kukbuk

Agnieszka Krzakowska: Czy liczę kalorie? Nie liczę. Nie mam na to czasu. Wolę się porządnie wyspać, zgodnie z zasadą, że ludzki organizm spala kalorie także podczas snu. W ciągu godziny intensywnego snu możemy spalić około 70 kilokalorii – takiej dawki energii potrzebuje organizm na regenerację. Ponadto sen jest bardzo ważnym elementem procesu odchudzania.

Osoby niewyspane nie tylko spalają mniej kalorii podczas snu, lecz także mają wzmożony apetyt, co nie sprzyja utracie wagi.

Dlatego pilnuję, aby spać osiem godzin na dobę. Dowiedziałam się też, że podczas prostych, codziennych czynności można spalić całkiem sporo kalorii, i trzymam się tego. Najwięcej kalorii zużywamy podczas pisania wiadomości tekstowych – 40 kilokalorii na godzinę! Unikam więc długich rozmów telefonicznych na rzecz pisania wiadomości. Żucie gumy czy całowanie się przez godzinę to utrata 11 kilokalorii! Niby niewiele, ale jednak.

Kasia Stadejek: Dobrze pamiętam moment, w którym ściągnęłam na telefon aplikację FatSecret. Byłam wtedy w sportowym szale, cztery popołudnia w tygodniu spędzałam na siłowni, a potem wracałam do domu na wielodaniową kolację. Mój apetyt nie znał granic i wydawało mi się, że dzięki notowaniu ureguluję swoje żądze. Na początku całkiem mi się to podobało, bo dowiadywałam się, ile kalorii mają moje pozornie niewinne przekąski (o ile pół paczki migdałów można nazwać niewinną przekąską), i nie kusiło mnie już tak bardzo, żeby przed snem zjeść jeszcze opakowanie jakże przecież zdrowego twarożku.

O ile normalny człowiek może w pełni kontrolować, co i kiedy je, o tyle dziennikarz kulinarny, zwłaszcza pracujący w KUKBUK-u i mający nadludzki apetyt, jest narażony na bardzo wiele pokus i sytuacji, w których jedzenia po prostu nie da się odmówić.

A jak potem wpisać do aplikacji ośmiodaniowe menu degustacyjne? Jak zjeść kolację bez wyrzutów sumienia, kiedy dzienny limit kalorii wytraciło się już na etapie drugiego śniadania, w ramach którego testowało się czekoladowe fondanty? Frustracja rosła, a tyłek wcale nie malał. Potrwało to może z pół roku i w końcu sromotnie znudziły mi się ciężary, maszyny i bieżnia. Rzuciłam wszystko w diabły i życie wróciło do normy. Lody przestały smakować wyrzutami sumienia, a kolacje zmniejszyły się o połowę, bo nie musiałam uzupełniać tej całej energii straconej na siłowni. Świat się nie zawalił.

Okres liczenia kalorii i makroskładników wspominam więc dosyć niemiło. FatSecret pilnował każdego mojego kęsa niczym Cerber, do tego stopnia, że jedzenie przestało być przyjemne, a zaczęło się dzielić na potrzebne i niepotrzebne. Jedyny pożytek był taki, że nauczyłam się równoważyć codzienny jadłospis i do dzisiaj jem więcej białka, a mniej węglowodanów – ale bez bólu i ograniczeń, po prostu zwracam na to uwagę w skali dnia i całego tygodnia. Potem jeszcze znalazłam sport dużo dla mnie lepszy niż bezduszna siłownia, i to też pomogło uspokoić dietę. Prawie nie zdarzają mi się dni bez czegoś słodkiego, ale nie zjadam połowy czekolady, tylko dwie kostki. Nie ma tygodnia bez blachy ciasta i bez bochenka chleba. Nie ma zakazów, to i frustracja zniknęła, a spodnie leżą jak ulał. Tajemnicza sprawa.

Basia Starecka: Liczę, liczę i nie mogę się doliczyć. Kiedy niby ja to wszystko zjadłam? Rachunki kaloryczne z reguły mi się nie zgadzają. Nie, nie jestem stratna, długów i deficytów nie mam, raczej jestem na podejrzanym plusie. Na koncie codziennie powinnam mieć: 100 gramów białka, 120 gramów węglowodanów i maksymalnie 60 gramów tłuszczów. Tymczasem tych ostatnich z reguły mam około 90 gramów – kosztem białka, którego udaje mi się uzbierać zaledwie 60 gramów. Dlaczego to aż takie ważne? Ponieważ trenuję. Jeśli chcę, żeby mój wysiłek się opłacił, powinnam dostarczyć organizmowi odpowiednią liczbę makroskładników. Do liczenia używam specjalnej aplikacji, która przypomina mi o tej prostej zależności, o odpowiednio tajemniczym kryptonimie: FatSecret. Dzięki niej wiem, co jem, i nie jest to wcale dręcząca świadomość. Raczej miłe uczucie kontroli. Używanie apki zawieszam tylko w dwóch sytuacjach – raz w tygodniu, gdy daję sobie dyspensę na tak zwany cheat day, oraz na wakacjach. Wtedy niczego nie liczę, co najwyżej piegi na nosie.

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: