Wstały od stołu: tydzień 61. - KUKBUK

Wstały od stołu: tydzień 61.

Wstać rano na basen czy lepiej sobie odpuścić? Kukbuczyce zanurzają się w otchłani sportowych rozważań i jedzą kanapki z serem.

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

61


Tekst: redakcja
Zdjęcia: redakcja


kukbuk jezioro

Dopiero co pojawiły się w redakcji i dosiadły do naszego wspólnego stołu, a już od niego wstają. Nasze nowe redakcyjne koleżanki są bardzo zmobilizowane! Poznajcie Ulę Czumaj i Agnieszkę Krzakowską z działu marketingu, które dołączają do grona ćwiczących Kukbuczyc.

 

Ula Czumaj: Kiedy byłam w podstawówce, rodzice zapisali mnie do szkółki pływackiej. Treningi były w sąsiednim mieście we wtorki i w czwartki i zawsze dostawałam na nie bułkę z żółtym serem zawiniętą ściśle w folię aluminiową. Nic nigdy tak nie smakowało, jak kanapka z serem po basenie. Zasłużona, wypracowana siłą własnych mięśni, przygnieciona przez klapki i wilgotny ręcznik, pachnąca chlorem i sportową torbą. Wiadomo, woda wyciąga. W moim przypadku wyciągała zapotrzebowanie na białe pieczywo i ser z dziurami.

Jej smak wywarł na mnie taki wpływ, że do dziś nie umiem rozdzielić w mojej świadomości pływania od smaku bułki z serem, a jej jedzenie ograniczam jedynie do sytuacji okołopływackich.

Jestem z Mazur i pływanie mam poniekąd we krwi, a bułka z serem zaczęła mi towarzyszyć w najważniejszych życiowych momentach. Gdy w wakacje przyszło mi do głowy przepłynąć na drugi koniec jeziora, oprócz bury dostałam też kanapkę z emmentalerem. Wyciągnęłam ją z torby po moich pierwszych zawodach w szóstej klasie – na 100 metrów stylem zmiennym. Była zasłużoną nagrodą, gdy zdałam egzamin na ratownika WOPR, a po mistrzostwach Uniwersytetu Warszawskiego na 50 metrów żabką podświadomie poszłam do sklepu po ser i pieczywo. W dniu, w którym skończyłam studia i obroniłam pracę licencjacką, pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, było wskoczenie do jeziora. I rzecz jasna, jak na wszystkie ważne życiowe momenty przystało, czekała na mnie potem kanapka z serem.

 

kukbuk jezioro mazury

Agnieszka Krzakowska: Dlaczego treningi pływackie MUSZĄ odbywać się wczesnym rankiem? Tenisiści, piłkarze, kolarze i inni sportowcy spokojnie po szkole czy pracy maszerują do swoich klubów, gdzie trenują. Natomiast każdy pływak musi pamiętać, żeby co wieczór sprawdzić, czy ma budzik ustawiony na piątą rano, ponieważ już godzinę później na pływalni czeka na niego uśmiechnięty trener z kubkiem kawy w ręku. I tak dzień w dzień. I wcale nie jest tak, że kiedy koledzy z innych sekcji pocą się i męczą po południu, pływacy oglądają seriale na Netfliksie! Pływacy po południu mają drugi trening! Również w wodzie.

Kiedy moja córka postanowiła zostać pływakiem, nie wiedziałam, co czeka całą naszą rodzinę.

Po pierwszym miesiącu okazało się, że jeśli nie położymy się spać do godziny 22, to w okolicy środy przysypiamy na spotkaniach w pracy i lekcjach. A piątek zamiast upragnioną radością z weekendu z kinem i dobrą kolacją w restauracji rozbrzmiewa wielkim chrapaniem na kanapie tuż po powrocie do domu. Ale już po drugim miesiącu, kiedy przeorganizowaliśmy nasz tydzień, okazało się, że jest to dla nas zdrowe i dobre. Od poniedziałku do piątku jemy lekkie kolacje nie później niż o dziewiętnastej, kładziemy się spać tuż po dwudziestej pierwszej i wstajemy wyspani o piątej rano. W bidonach czekają na nas zdrowe koktajle, które wypijamy w samochodzie w drodze na basen. A co najważniejsze, czekamy na weekend, bo wiemy, że zasłużyliśmy na kino, kolację i imprezę.

 

kukbuk basen

Kasia Stadejek: Nie wiem, jakim cudem zapach chloru budzi we mnie same dobre emocje, bo swoje basenowe początki wspominam traumatycznie. Kiedy byłam w podstawówce, przepisano mi szereg ćwiczeń na krzywy kręgosłup, na przykład tak zwaną korektywę, dramatycznie nudną i odbywającą się zawsze o dziwnych porach w ponurym ośrodku zdrowia ze skajowymi materacami i zapachem strachu unoszącym się w powietrzu. Potem pojawiła się opcja zajęć na basenie i dwa razy w tygodniu woził mnie na nie tata. Pamiętam z nich wieczne dreszcze, nieco zbyt dziarski głos trenera i jego srebrzystosiwą głowę. Przez większość czasu wrzeszczał na co większe lebiody, do których się oczywiście zaliczałam, że za bardzo odchylają głowę albo zbyt łapczywie wciągają powietrze.

Najlepszą częścią tych zajęć był powrót do domu, kiedy mogłam wsunąć talerz kanapek z ogórkiem kiszonym i obejrzeć wieczorynkę.

Pływać nauczyłam się później, w ciepłym chorwackim morzu, a jakąkolwiek technikę udało mi się podszkolić dopiero na studiach. Do dziś pływam tylko kraulem, na żabkę jestem zupełnie odporna – wielu już próbowało skoordynować moje niezborne kończyny. Kiedy zmęczą mi się ramiona, przechodzę na styl wolny i przypadkowy. Podsumowując, basen bardzo lubię, uspokaja mnie i porządkuje myśli. Jedną z pływalni, o uroczej nazwie Szuwarek, mam całkiem blisko domu i chodziłabym dużo częściej, gdyby nie konieczność suszenia włosów, ale na szczęście idzie lato i to już nie będzie problemem. À propos – do dziś zdarza mi się struchleć ze strachu na widok siwej czupryny!

Basia Starecka: Pamiętam obowiązkowy basen w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Później już nie, bo podtapianie dzieci okazało się równie trudne logistycznie jak zorganizowanie lekcji etyki dla tych, którzy nie chcieli chodzić na religię. Skutek był taki, że nie nauczyłam się pływać kraulem, a zamiast na religię chodziłam na wagary. Te pierwsze doświadczenia z basenem wryły mi się jednak na tyle głęboko w pamięć, że nigdy więcej nie chciałam ich powtarzać.

Pamiętałam tylko swędzące od chloru piszczele pod rajstopami w warkoczowy splot, szczypiące, zaczerwienione oczy i dreszcze od mokrych włosów leżących na plecach. Brr.

Dopiero w życiu dorosłym zdecydowałam się znów zanurzyć stopę w publicznym akwenie. Byłam wtedy na studiach i w ramach zajęć z WF mogłam korzystać z basenu. Było gorzej, niż myślałam. W wodzie pławił się tłum, i to w większości otyłych januszy, którzy pod warstwą sadła ukrywali mikroskopijne slipki. Wytrzymałam kwadrans.

© KUKBUK 2017