Wstały od stołu: Tydzień 41. - KUKBUK

Wstały od stołu: Tydzień 41.

Kukbuczyce w szale sportowych emocji – kibicują piłkarzom i zasilają grono kobiet ćwiczących tajski boks!

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

41

wstaly od stolu kukbuk

 Cała Polska strzela gole, strzelają i Kukbuczyce. Po napisaniu tekstów i przyswojeniu odpowiedniej liczby kalorii zabierają się do kibicowania. Nie myślcie, że na tym kończy się ich sportowa aktywność! Wręcz przeciwnie, zresztą sami przeczytajcie.

 

Agata Michalak: Ostatnimi czasy wszystkie moje treningi odbywają się w plenerze, bo tylko tam jestem w stanie uprawiać mój ulubiony sport letni – jogging. A że okres wakacji wiąże się z wyjazdami, znów do torby na weekend zapakowałam buty do biegania i szorty. Tym razem pognałam w burgundzki plener, bo właśnie tam, w okolice Dijon, zaniosło mnie z okazji ślubu zaprzyjaźnionej amerykańsko-francuskiej pary. 

Niezrażona szalejącą pogodą, która z 28-stopniowego upału płynnie przeszła w deszcz, mgłę i 15 stopni ciepła, ruszyłam wijącymi się ścieżynkami między na wpół opustoszałymi wioseczkami tej zielonej krainy. Liczyłam na spotkanie z lisem albo chociaż zającem, bo te zwierzaki były szczególnie widoczne, gdy wieczorami wracałyśmy opustoszałymi drogami. Ale za dnia towarzyszyły mi tylko tłuste pomarańczowe ślimaki (Francja! deszcze!), a okazjonalne stadko kóz odprowadzało moje szaleństwa wzrokiem, niespiesznie odwracając głowy. Osiem kilometrów AKA godzina po górkach i dołkach Burgundii zaowocowały wspaniałym stanem biegowego odurzenia i były świetnym treningiem przed weselnymi tańcami, ale długofalowo okazały się koszmarem dla zginaczy ud. Poniedziałkowy trening polegający na podbiegach na Agrykoli wykazał to dobitnie. Każda próba przyspieszenia wiązała się z palącym żywym ogniem bólem. Mam nadzieję, że do czwartkowych biegów przez płotki w końcu się zregeneruję!

wstaly od stolu kukbuk

Basia Starecka: Po półtora roku mocowania się z własnymi słabościami przyszedł czas na konfrontację. Postanowiłam do swojej sportowej rutyny złożonej z ćwiczeń siłowych pod okiem trenera dołożyć sporty walki, a konkretnie tajski boks. Do tej pory tego typu aktywności raczej mnie przerażały, zarówno ze względu na bliski kontakt ze spoconym człowiekiem, jak i kontrolowaną, ale wciąż agresję. Jednak potrzeba ekspresji i wyładowania energii nagromadzonej przy pisaniu tekstów kumulowała się za biurkiem. Okazało się poza tym, że nie należy się przywiązywać do wyobrażeń o sobie i zamykać w stereotypach, trzeba mieć otwartą głowę i próbować.

 

Włożyłam więc przewiewną suknię i w miniony, bardzo lepki i parny piątek udałam się w szemrane, proletariackie rewiry Warszawy, gdzie w jednym z hangarów mieści się studio Copacobana.

 

Przy wejściu przywitała mnie banda spoconych, półnagich wojowników. Część zrzuciła kimona i prezentowała w blasku zachodzącego słońca imponujące muskuły.

 

Pierwszy dreszcz niepokoju przebiegł mi po pośladku. Drugi poczułam, kiedy znalazłam się w hangarze z gęstym powietrzem przesyconym zapachem potu i gumowej maty pod stopami. Nie zrażona tym podpisałam pismo, że cokolwiek mnie tu spotka, sama jestem sobie winna. Zaczęliśmy rozgrzewkę, która sama w sobie mogłaby być treningiem zakończonym zimnym piwem – trzy serie na skakance na zmianę z 10 seriami brzuszków, pompek, burpees i przysiadów. Kiedy myślałam, że już umarłam (twarz nabiegła purpurą, w głowie zadudniła migrena, wokół oczu pojawiły się zielono-białe placki), rozpoczęliśmy właściwy trening. Najpierw naukę ciosów, potem wykopów, które sprawiły mi szczególną frajdę. Z racji długich nóg i dosyć luźnych stawów, byłam w stanie łupnąć nogą naprawdę mocno i dość wysoko. Zalała mnie endorfina i nie chciałam zejść z maty. Tak oto powiększyłam grono boksujących kobiet, których w szkole Copacobana wcale nie jest mało. Chętnie je poznam przy najbliższych treningach, podobno są bardziej bezwzględne od mężczyzn!

 

 

Kasia Stadejek: Początek lata nie przyniósł żadnych nowych aktywności, a sportu więcej oglądam, niż uprawiam. Nie stałam się nagle wielbicielką piłki nożnej, ale spotkania przy transmisjach meczów polskiej reprezentacji przynoszą wszystkim ostatnio tyle radości, że szkoda nie uczestniczyć.

 

W zeszłym tygodniu udało mi się przebiec 9 kilometrów i pójść na ostatni w sezonie fitbalet, który ze względu na zastępstwo okazał się… jogą.

Niestety, ćwiczenia wymagające rozciągniętych stawów biodrowych i kolanowych są dla mnie niekończącym się upokorzeniem, więc przez godzinę prócz rozciągania paliłam się ze wstydu, pocieszana od czasu do czasu przez prowadzącą.

Siłę, jaka jeszcze tkwi w moich mięśniach, poczułam natomiast w weekend, kiedy trzeba było wejść na wysoką drabinę i balansując na jednej ręce, zrywać czereśnie. Kolejne dni zapowiadają się festiwalowo, a nie sportowo. Będę biegać między scenami na lotnisku Babie Doły i wspinać się na barierki podczas koncertów. Do Trójmiasta biorę rower, żeby spalić późne kolacje z food trucków i rozwodnione piwo. Cóż poradzić, czasem ze sportem wygrywa prawdziwe życie.

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: