Wstały od stołu: Tydzień 43. - KUKBUK

Wstały od stołu: Tydzień 43.

Ćwiczyć na pusty czy pełny żołądek? Nic nas bardziej nie motywuje do uprawiania sportu niż plan na posiłek potreningowy.

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

43

wstaly od stolu kukbuk

Szok! Na pokładzie ćwiczących Kukbuczyc pojawił się mężczyzna! Występuje gościnnie, w zastępstwie Agaty, która jest na urlopie. Okazuje się, że Tomek, znany wam z rubryki „Tomek na tropie”, ma o sporcie wiele do powiedzenia, szczególnie w temacie posiłku potreningowego, który, jak mawiają wytrawni pakerzy, jest najważniejszym posiłkiem dnia!

 

DLACZEGO NIE POWINNIŚMY ĆWICZYĆ NA CZCZO

 

Basia Starecka: Przed treningiem jem dwa obiady. Pierwszy o godzinie trzynastej, złożony głównie z białka, drugi o szesnastej – na bazie węglowodanów. Tak wzmocniona mogę brać się do szarpania sztangi, strzelić serię pompek, a nawet brzuszków. Posiłków łącznie jem pięć dziennie. Dwa śniadania, dwa obiady i kolacja. Ten schemat odżywiania wymusiły na mnie zarówno treningi, jak i dolegliwości żołądkowe – potrzeby okazały się te same. Jeść mniej, ale częściej, nie doprowadzać się do zjazdów energetycznych ani obżarstwa. System działa i jest efektywny. Oczywiście dopracowywałam go przez parę tygodni i zdarzało mi się zjeść coś tuż przed treningiem. Efekt był jednak odwrotny do zamierzonego. W trakcie ćwiczeń robiło mi się niedobrze, ziemniaki skakały równie wysoko jak podrzucana przeze mnie sztanga. Okazało się, że lepiej nawet ćwiczyć nieco głodnym niż z pełnym żołądkiem. Posiłek potreningowy to już zupełnie inna bajka. Krążą historie o tak zwanym „oknie metabolicznym”, czyli domniemanej możliwości zjedzenia wszystkiego, na co ma się ochotę, po dużym wysiłku. Z pewnością jest tak, że organizm potrzebuje wtedy energii, trzeba jednak uważać, by była ona dobrej jakości. A nie jest to wiedza powszechna. Zdarza mi się widywać osoby wychodzące z siłowni, które albo rzucają się na batoniki, albo idą prosto do maka. Za dużo wiem, by nadrabiać w ten sposób ciężko wypacane sadełko!

 

CZY PO WYSIŁKU MOŻNA RZUCIĆ SIĘ NA JEDZENIE?

 

Kasia Stadejek: Mimo szczerych chęci nie umiem ćwiczyć z pustym żołądkiem. W zasadzie na głodniaka nie umiem też robić nic innego. Poranne biegi na czczo wykańczają mnie jak maratony, wszelkie ćwiczenia siłowe powodują mroczki przed oczami, jadąc rowerem, mam wrażenie, że zaraz z niego spadnę, nawet spacer staje się nieludzką męką i pielgrzymką w stronę piekarni, knajpy czy chociażby straganu z owocami. Tak więc zawsze staram się coś zjeść przed ćwiczeniami. Wyjątkiem jest balet i pilates, które przed jedzeniem idą mi dużo lepiej niż po nim – może dlatego, że to jedyne dyscypliny, które uprawiam przed lustrem, ale też dużo łatwiej o względną eteryczność, kiedy człowiek ma płaski brzuch. Do pozostałych ćwiczeń podchodzę pełna energii płynącej z żołądka.

 

Jeśli planuję trening po posiłku, a zwykle jest to śniadanie lub obiad, staram się, żeby był bogaty w węglowodany złożone (makaron bezkarnie!), a po dwóch godzinach ruszam do boju.

O innych porach dnia pół godziny przed treningiem zjadam po prostu banana, niewielką kanapkę lub łykam koktajl owocowy na maślance. Moje ostatnie sportowe dokonania są typowe dla wakacjusza – po zjedzeniu zapakowanych w folię kawałków ciasta z morelami trochę popływałam w chłodnym, górskim jeziorze, po zjedzeniu austriackiego szarpanego omletu poszłam wspinać się po górach i bardzo dużo spacerowałam. Między posiłkami, oczywiście. Przyznaję, wielokrotnie zdarzyło mi się biegać z tłukącą się po głowie myślą o potreningowej kolacji, ale takie życie jedzoka, pełne łatwych do spełnienia marzeń!

 

CO JEŚĆ PO TRENINGU? SPRAWDŹCIE NASZ RANKING BATONÓW PROTEINOWYCH

 

Tomek Zielke: Wyjątkowo w tym tygodniu występuję w zastępstwie Agaty, która, zamiast biegać, prawdopodobnie byczy się na plaży i opycha smażonymi sardynkami w Hiszpanii – przynajmniej tak to sobie wyobrażam.

 

Skąd się tu w ogóle wziąłem? Aktywny byłem przez całe życie (10 lat ćwiczyłem kung-fu, między innymi), ale jakiś rok temu popadłem w godne pogardy lenistwo i trenowałem niezbyt regularnie albo wcale. Być może dopadła mnie w końcu smutna dorosłość, wyzuwająca z motywacji i zaangażowania. Z zazdrością patrzyłem na Kukbuczyce zagrzewające się do sportowej walki i chwalące się osiągnięciami. Wreszcie jakiś miesiąc temu nastąpił przełom i znalazłem sposób na to, żeby konsekwentnie, pięć razy w tygodniu, niezależnie od zmęczenia i złego samopoczucia, zakładać trampki i wykonywać przez kilkadziesiąt minut różnego rodzaju ruchy. Do tej zmiany, o której można by napisać program „Nie do wiary”, przyczyniły się: lektura świetnego, popartego badaniami naukowymi artykułu oraz surowa reprymenda udzielona mi przez przyjaciela.

 

Wracając do tematu związków jedzenia i ćwiczenia, uważam, że smażone sardynki i w ogóle wszystko, co jest nasycone tłuszczem, to najgorsza przedtreningowa przekąska. Nadmiar tłuszczu trawię długo i mozolnie, ciąży mi na żołądku i w trakcie intensywnego ćwiczenia powraca do przełyku kwaśną falą. Według mnie w ogóle nie powinno się jeść zbyt dużo przed treningiem, jeśli nie planuje się wydłużonego wysiłku. Przed krótkim, 30- lub 45-minutowym wysiłkiem wystarczy mi garść lekkich węglowodanów w postaci jabłka czy banana – energii dodają w tym przypadku siła woli i masochizm.

 

Należę do osób, które bez jedzenia potrafią wytrzymać długo, dlatego ćwiczę najczęściej i najchętniej z relatywnie pustym brzuchem. Nic mi się wtedy nie cofa i nie fermentuje.

Ten zwyczaj jest związany również z tym, że trenuję w określonych porach dnia: wczesnym rankiem przed pracą lub, częściej, bezpośrednio po niej. Rano po przebudzeniu nie jestem w stanie przełknąć niczego oprócz szklanki wody, a w trakcie popołudniowego powrotu przez całe miasto z Mokotowa na Białołękę resztki z obiadu mają okazję strawić się doszczętnie. Potem wskakuję w treningowy mundurek i przebiegam kilka kilometrów lub macham hantlami w rytm rapu tworzonego przez dzieciaki z Chicago, a dopiero później zjadam posiłek potreningowy, który, jak mawiają wytrawni pakerzy, jest najważniejszym posiłkiem dnia.

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: