Wstały od stołu: Tydzień 49. - KUKBUK

Wstały od stołu: Tydzień 49.

Co robić, kiedy pogoda nie zachęca nawet do wyjścia na spacer, a co dopiero na ćwiczenia?

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

49

wstaly-od-stolu kukbuk

Czy zimowy sen, w który tak bardzo chciałoby się zapaść po powrocie z pracy, wygra ze sportowymi postanowieniami? Kukbuczyce mają swoje sposoby na jesienne lenistwo. Niektórym niestraszne lodowate powiewy, inne z kolei dziarsko skaczą w domowych pieleszach. Dziś gościnnie o swoich doświadczeniach opowiada także Natalia, która pracuje w dziale marketingu.

 

Agata Michalak: O tej porze roku, kiedy trudniej jest tak po prostu wyjść na długi spacer, pokąpać się w rzece lub pograć w kometkę, aktywności fizyczne z wolna przenoszą się do wnętrz. (Choć akurat biega się teraz bardzo przyjemnie, gdy pot nie spływa po brzuchu). Jesienią zaczynam myśleć o rozmaitych „wyzwaniach”, których mnóstwo w internecie. Polegają na robieniu zwiększającej się liczby określonych ćwiczeń, na przykład tak zwanych planków, przysiadów, pompek albo burpees. To jest jakiś konkret, który do mnie przemawia – ktoś obliczył najlepszą częstotliwość lub długość wykonywania danego ćwiczenia, wyzwania uwzględniają też dni odpoczynku, a poza tym trwają przeważnie miesiąc. Staram się więc wracać do nich jesienią, bo już widzę, że jednak jakoś nie udaje mi się odpalić programu Skalpel Ewy Chodakowskiej. Tymczasem te kilka minut dziennie daje mi poczucie, że coś robię w przerwach między treningami, a dany mięsień się wzmacnia. Aktualnie trwa planking!

 

Kasia Stadejek: Latem wyobrażałam sobie, jak będzie pięknie, gdy upały wreszcie zelżeją i będę mogła wrócić do biegania. Niestety, w tym czasie moja kondycja praktycznie zanikła, więc jeśli już uda mi się wybiec w swoją standardową, ośmiokilometrową trasę, przebiegam ją z trudem. A udaje się tylko w weekendy, bo po powrocie z pracy muszę chwilę odsapnąć po 13 kilometrach pokonanych na rowerze, a przez ten czas zdąży się zrobić ciemno. Rower jak zwykle więc ratuje moją sylwetkę i już się boję, co będzie, gdy zaczną się paskudne mżawki i ulewy. Na ćwiczenia w domu jestem zbyt leniwa, jedyne, na co mnie stać, to brzuszki i spróbuję chyba wrócić do plankingu, o którym wspomina Agata. Powoli wypatruję też studia sportowego, które zaspokoiłoby moje potrzeby – blisko domu (lub po drodze), dużo tańców, pilatesu i rozciągania, dogodny grafik. Trochę boję się powrotu do regularnego sportu, a trochę nie mogę się tego doczekać – już zapomniałam, jak to jest przy skłonie dotknąć podłogi palcami u rąk. Elastyczności, wróć!

 

Natalia Maleszyk: Siłownia po drugiej stronie ulicy – nie każdy ma tak dobrze jak ja. Ale kiedy za oknem plucha i wieje, nikomu nie chce się wychylać nosa zza drzwi. Pokonanie dokładnie 220 metrów staje się nie lada wyzwaniem. Kiedy już przekonam samą siebie, że wyjście z domu to za dużo, a czuję wewnętrzną potrzebę ruszenia się, zostaję i staram się zmobilizować do działania. Rozkładam ręcznik na dywanie (tak, ręcznik, maty jeszcze się nie dorobiłam), włączam radio, staję przed dużym lustrem i próbuję odtworzyć z pamięci ruchy, które wykonywałam na ostatnich zajęciach fitness. Powtarzam w myślach: step touch, over the top, leg lift, mambo, cha-cha i… co było dalej? Jakie są plusy ćwiczenia w domu? Po pierwsze, mogę ćwiczyć w czym chcę, nawet w samych majtkach, bo tak jest wygodniej i gumka mnie nie ciśnie. Przy okazji nie muszę w pośpiechu szukać mojego stroju na wuef. Po drugie, wykonuję ćwiczenia, które… lubię (o ile można lubić ćwiczenia). Wybieram te, które sprawiają mi najmniej bólu, są proste i – co najważniejsze – pamiętam z zajęć, jak je wykonywać. Po trzecie, widzę się w lustrze, podczas gdy na zajęciach fitness zajęcie dobrego miejsca w sali zazwyczaj jest poprzedzone walką. Tyle plusów. Teraz kilka minusów. Brak innych osób, które ćwiczą obok i motywują mnie do działania (one dają radę, to i ja dam!). Podczas domowych ćwiczeń brakuje mi też trenera, który w razie potrzeby podpowie, co robię źle. Ostatni, największy minus to nieumiejętność różnicowania ćwiczeń – składy, przysiady, skręty, deski wyglądają u mnie ciągle tak samo. Ćwiczę w domu bardzo rzadko, zdecydowanie wolę robić to w grupie – w końcu w niej siła! Na pocieszenie dodam, że jeżeli w jesienną pluchę nie chce wam się ćwiczyć, nawet w domu, zapewne i tak w trakcie weekendowych porządków spalicie małe co nieco. Jak? Godzinne odkurzanie to 135 spalonych kalorii, a szorowanie podłogi to aż 213 kalorii. A kto nie znosi sprzątania, niech się całuje – to aż 26 spalonych kalorii na minutę! Kiss! Kiss!

wstaly-od-stolu kukbuk
© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: