Wstały od stołu: Tydzień 54. - KUKBUK

Wstały od stołu: Tydzień 54.

Spadł pierwszy śnieg. Czy Kukbuczycom udało się dotrzeć na siłownię?

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

54

wstaly od stolu kukbuk

Agata Michalak: Zimą przenoszę się ze sportami do wnętrza, po poprzednim sezonie spędzonym (z sukcesem) w szkole Oh Lala tym razem testuję możliwości Astanga Yoga Studioa, dokąd i Oh Lala schroniła się na czas poszukiwań docelowej lokalizacji. Na razie dopiero dwa razy witałam wieczór powitaniem słońca, serią trójkątów i gardłowych oddechów, ale już czuję, że dobrze trafiłam. Po roku pełnym wyzwań mam ochotę na coś bardziej kontemplacyjnego niż siłowego, dlatego z przyjemnością precyzyjnie ustawiam stopy na macie i dociskam podstawy palców dłoni w psie z głową w dół. Będę sygnalizować, czy i na ciało joga asztanga ma tak dobry wpływ jak na ducha!

 

Basia Starecka: Pierwszy raz w życiu padłam na kolana, by zrobić słynne, kochane i nienawidzone jednocześnie „allaszki”. To ćwiczenie trudne, ale idealne na mięśnie brzucha. Trudność polega na odpowiednim zgięciu i przekierowaniu pracy na brzuch, a nie rozkładaniu jej na plecy czy ramiona. Moja pierwsza seria była żałosna, ale już kolejne podniosły mnie na duchu, a przede wszystkim przyniosły upragniony skurcz fałdy tłuszczu! Na „allaszkach” nie skończyłam. Odkryłam jeszcze nową maszynę, która wygląda jak przyrząd do katapultowania się w kosmos. To był bilet na Marsa w dwie strony – lewą i prawą, bo w tych kierunkach ciągnęłam ciężar, by zmusić mięśnie skośne brzucha do pracy. Z sukcesem! Po chwili poczułam silne pociągnięcie. To mnie tylko zachęciło, by zrobić kolejną serię i kolejną, łącznie trzy razy po dziesięć w każdą stronę. Po wyjściu z tej swoistej kapsuły czasu poczułam się jak prawdziwy astronauta. W głowie miałam stan nieważkości.

 

wstaly od stolu kukbuk
wstaly od stolu kukbuk

Kasia Stadejek: Uważam, że w ponurym klimacie, w jakim żyjemy, śnieg nie jest najgorszym, co może się zdarzyć. Pora deszczowa przeraża mnie dużo bardziej i wtedy owszem. często zamiast iść na zajęcia, wracam pod kołdrę. Ale kiedy rano widzę, że na trawnikach jest nie buro, tylko biało, od razu staję się życiową entuzjastką. Tak też było wczoraj – spakowałam strój do ćwiczeń i po pracy pobiegłam na pierwszą w swoim życiu jogę. Do tej pory zniechęcała mnie całą tą duchową otoczką, ale okazało się, że to sport całkiem porządnie maltretujący również ciało. Zmęczyłam się solidnie podczas „aktywnego stania” z napiętymi kończynami czy wszystkich tych niekończących się skłonów, które prawie powyrywały mi mięśnie ud. Na koniec, w nagrodę, poleżeliśmy sobie wszyscy w ciemności, a pani prowadząca nakazała rozluźnienie – to była piękna, acz krótka, namiastka przedszkolnego leżakowania. Po półtorej godziny takich wyzwań czułam się w swoim ciele bardzo dobrze i nie wykluczam powrotu!

 

Paskudna jesienna pogoda i szarzyzna, jaka panuje o siódmej rano, nie są mnie w stanie zniechęcić także do baletu, na punkcie którego zupełnie oszalałam. Gdybym mogła, chodziłabym codziennie, została primabaleriną i całe dnie nie robiła nic, tylko ćwiczyła rond de jambe, adagio i frappe, a przede wszystkim szpagat, w którym ku swojemu zdziwieniu schodzę coraz to niżej i niżej…

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: