Wstały do stołu: tydzień 66. - KUKBUK

Wstały do stołu: tydzień 66.

Kukbuczyce walczą z efektem jojo, a nawet więcej – z samym zjawiskiem.

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

66

kukbuk cwiczy efekt jojo wstaly od stolu

Kasia Stadejek: Z dumą przyznaję: efekt jojo jest mi obcy. Po raz pierwszy usłyszałam o nim w czasach nastoletnich, kiedy znane mi wówczas dorosłe kobiety testowały modne diety typu „cały tydzień na białku z jajka i twarogu”. Żadna z nich nie była po takiej kuracji szczuplejsza niż przed.

Nie odkryję Ameryki, ale uważam, że im bardziej restrykcyjne zmiany i ograniczenia, z tym większym impetem człowiek rzuca się po skończonej diecie na to, czego nie wolno mu było jeść.

Wszystkie te przepisy na omlety z odżywki białkowej, desery bez tłuszczu, mąki, jajek i smaku oraz jaglane substytuty absolutnie każdej potrawy uważam za brutalne kłamstwo. Czy naprawdę są ludzie, których brownie z fasoli satysfakcjonuje w równym stopniu jak takie z masłem i czekoladą? Jedyny lek na jojo to zdrowy rozsądek i powolna, trwała zmiana nawyków, a nie wywracanie do góry nogami całego życia.

Mam za sobą okres hiperzdrowego odżywiania, ale wspominam go raczej smutno. Brakowało mi normalnego jedzenia i musiałam zjadać wielkie porcje, żeby w ogóle się najeść. Jeszcze rok temu kawałek ciasta, pączek, naleśniki na śniadanie czy pizza wydawały mi się wielkimi i tuczącymi grzechami, na których jedzenie bez poczucia winy mogą sobie pozwolić tylko dziewczęta chude jak szczapy. Frustrowało mnie to tak bardzo, że popełniałam takie grzeszki dużo częściej, niż bym chciała. Eh, skoro już zjadłam tę pizzę, to dzień stracony, mogę dopchnąć całą porcją deseru. Ciasto tuczy, ale i pociesza, prawda?

Teraz nie zabraniam sobie niczego, staram się tylko panować nad ilościami. Kiedy wprowadził się do mnie chłopak, siłą rzeczy zaczęłam gotować więcej normalnego jedzenia, a mniej dietetycznego i „kalorycznie ostrożnego”. Makaron stał się cotygodniową przyjemnością, ciasto całkiem normalną weekendową przekąską, kanapki i naleśniki normalnymi posiłkami, a nie przerażającymi glutenowymi potworami.

Basia Starecka: Odkąd pamiętam, zawsze się opychałam. Jako bobas z ochotą wylizywałam talerze po oseskowych zupach na mleku, w czasach szkolnych, siorbiąc bawarkę, potrafiłam połknąć przy okazji pół chałki, począwszy niewinnie od wyjadania z niej kruszonki, na studiach każdą imprezę kończyłam z głową w lodówce i po kolei wyjadałam zawartość jej półek, a kiedy zaczęłam pracować – stresy w robocie rekompensowałam sobie tacką gotowych pierogów przed snem.

Po trzydziestce jednak metabolizm zwolnił i skutki obżarstwa zaczęły być zauważalne. Wtedy to po raz pierwszy – i ostatni zarazem – wpadłam na pomysł, by zafundować sobie dietę. Trafiłam do dietetyczki, którą poleciła mi znajoma blogerka kulinarna – ona sama za jej sprawą schudła 30 kilogramów. Dietetyczka zabrała się do pracy ze mną fachowo i na początek wysłała mnie na badania krwi. Jej zawdzięczam odkrycie mojej niedoczynności tarczycy, najprawdopodobniej winowajcy wyhamowującego metabolizmu. Bardzo jestem jej za to wdzięczna, bo niedoczynność leczę, a z dietą szybko dałam sobie spokój. Ograniczanie jedzenia to nie dla mnie, jeżeli zatem chodzi o efekt jojo – to tak, zaliczyłam go, rzuciwszy się z powrotem na jedzenie. Tym razem jednak już zdrowe – zupy na mleku zastąpiłam ryżowymi kleikami ze słodką białą pastą miso, bawarkę z chałką wymieniłam na kakao z przyprawami, mlekiem roślinnym i miodem, a zamiast pierogów zajadam pieczone bataty z tahiną.

© KUKBUK 2017