Wstały od stołu: Tydzień 13. - KUKBUK

Wstały od stołu: Tydzień 13.

Czy Kukbuczyce wytyczają sobie realne cele?

Wstały od stołu

TYDZIEŃ

13

kukbuk cwiczenia cele

We wszystkim musi być umiar – ta mądra zasada dotyczy również sportu. Okazuje się, że wyznaczone przez nas cele treningowe nie do końca są realne. A poza tym zauważamy, jak niezwykle potrzebny bywa odpoczynek.

 

Agata Michalak: Mój trening do półmaratonu dobiega końca. W niedzielę 30 sierpnia miałam przebiec pierwszy w moim życiu półmaraton, ale raczej do tego nie dojdzie. Biegnę wyjaśnić dlaczego.

 

Tegoroczny trening z BMW obejmował dwa miesiące, w trakcie których biegaliśmy przepisowo cztery razy w tygodniu. Wykonawszy sumiennie (prawie) wszystkie treningi, po jakichś sześciu tygodniach miałam wrażenie strasznej sportowej monodiety. Wiecie, to tak jak wtedy, kiedy wasze dzieci przez dwa lata jedzą na śniadanie tylko płatki czekoladowe z mlekiem, zawsze w tej samej miseczce. Czując się tak, zaczęłam marzyć o basenie, tenisie, ba, nawet o pilatesie, na który w końcu wybrałam się w zeszłym tygodniu – ściślej na kurs wprowadzający w studiu Dobry Pilates. Pewnie to zmęczenie materiału doprowadziło także do decyzji, żeby jednak nie biec 30 sierpnia, bo im bliżej było do startu, tym wolniej i z większym wysiłkiem trenowałam.

 

Stosując wyrafinowane strategie samooszukiwania się (bieganie po miłym parku, w którym jedna pętla ma dokładnie kilometr, towarzysz rozpraszający uwagę), przebiegłam wreszcie w niedzielę piętnaście kilometrów, by sprawdzić, czy jestem w ogóle w stanie biec dłużej niż półtorej godziny. Owszem, jestem, i pewnie przebiegłabym też półmaraton, ale na ostatnich nogach, z wywieszonym językiem i w co najmniej dwie i pół godziny. Mam wrażenie, że koszt tego ćwiczenia byłby na razie za duży – także psychiczny, bo mogłabym sobie bieganie obrzydzić na dobre.

 

A tak z radością myślę o pourlopowej przyszłości (w końcu, właśnie w najbliższy weekend, ruszam na wakacje): jeden-dwa treningi biegowe w tygodniu (chyba dołączę do grupy działającej przy Sklepie Biegacza na Żoliborzu, jeden raz pilates, jeśli sprawdzi się w moim przypadku, a ja sprawdzę się w nim, raz wypatrywany teraz z upragnieniem, a zarzucony w liceum tenis. Panie trenerze, to chyba zdrowsza sportowa dieta, czyż nie?

 

Basia Starecka: Po urlopie w Rumunii, podczas którego zawzięcie machałam kettle’em z widokiem na górskie krajobrazy i barany, postanowiłam na moment zwolnić narzucone sobie tempo i ograniczyć treningi do dwóch tygodniowo, a nawet jednego. Okazało się bowiem, że moje wysiłki, owszem, przynoszą efekty, mięśniówka jest, kontuzje spowodowane napompowanym czworogłowym i odciski na dłoniach od sztangi nawet też, ale siły jakby coraz mniej. Winię za to wakacyjną dietę. Zbilansowane, złożone z odpowiednich ilości makroskładników posiłki zastąpiły lody i piwo. Czy robię sobie wyrzuty? Nie, bo wiem, że niebawem wrócę do formy, a momenty słabości zdarzają się każdemu. Nie zakładałam też, że w ciągu trzynastu tygodni będę podnosić udami Pałac Kultury i Nauki. Raczej chodziło mi o poprawienie kondycji i zamianę galarety w mięśnie. Moje pakerskie doświadczenie pogłębia się więc, wiem już, jak smakuje zwycięstwo, a jak porażka (czy „bieda”, jak zwie moją zniżkową formę trener Piotrek). Daję sobie jeszcze dwa tygodnie na korzystanie z uroków końcówki lata, a potem do szkoły, tfu, na siłownię!

 

Kasia Stadejek: Miniony tydzień był niezbyt udany. Brakowało mi energii do ćwiczeń, więc skracałam treningi do niezbędnego minimum, obcinając część aerobową i wmawiając sobie, że przecież powrót z siłowni do domu rowerem to też jakiś sport. Na pilatesie okazało się, że wcale nie jestem taka silna, jak myślałam, bo po pięciu minutach ćwiczeń na mięsień pośladkowy wielki i dwugłowy uda wpadłam w czarną rozpacz i miałam mroczki przed oczami. Może to wina ciśnienia? – mruczałam, wyjadając ze słoika masło z orzechów nerkowca. Efekty tego wyjadania są dużo bardziej wyraźne niż te, które powinny wynikać z regularnego pakowania. Na plecy i kostki nóg nakładałam sobie coraz to większe ciężary, żeby wreszcie poczuć jakiś zakwas, świadczący o wysiłku, postępie, poświęceniu – nic z tego. Mój brzuch beznamiętnie znosi trzy setki brzuszków i innych tortur, a martwy ciąg z dwudziestokilową sztangą skutkuje odciskami, a nie żadną tam smukłą talią. A przecież idzie jesień, a wraz z nią pragnienie węglowodanów…

 

Diana Kosiorek: W minionym tygodniu zaliczyłam trzy treningi. Trzeba przyznać, że i tak jest to wynik całkiem zadowalający, szczególnie że był to tydzień poprzedzający zamknięcie jesiennego wydania KUKBUK-a i momentami było nerwowo, a z czasem – krucho. Odpuściłam za to niedzielną jogę na rzecz koncertu w Filharmonii Warszawskiej, na który wybrałam się z mężem. I nie żałuję. Zauważyłam, że chwila przerwy przynosi lepsze efekty niż zarzynanie się codziennie. Że po dniu prawdziwego relaksu jestem w stanie skoczyć wyżej, dalej, szybciej. Co za przyjemny wniosek. Jednak ci wszyscy specjaliści prawiący o potrzebie regeneracji mają rację. Ale trzeba to odczuć na własnej skórze, żeby uwierzyć. To co jeszcze pomaga w odpoczynku? Mmm… chyba czas na masaż.

 

© KUKBUK 2017