Zbaraniał cały świat - KUKBUK

Zbaraniał cały świat

Zanim się obejrzeliśmy wylądowaliśmy na małopolskiej wsi, by w towarzystwie podobnych obżartuchów przeżyć meksykańską fiestę z baranem w roli głównej.
Bartek Kieżun

Bartek Kieżun

Krakowski Makaroniarz
Mentalny Włoch uwięziony w Polsce. Współtwórca nieistniejącego już kultowego baru Miejsce na krakowskim Kazimierzu oraz wciąż prężnie działającego sklepu pod tą samą nazwą z kolorowym designem lat 50., 60. i 70.

pieczona feta

W niedzielę Jesus i Marta z Tortillas Molino pieką barana w dole! Dołączycie? – zapytała Magda. W mojej głowie zawirowali: Jezus i Marta rodem z Biblii, Baranek Boży i niedziela, Dzień Pański i wielka tortilla. Usłyszałem, jak odpowiadam: Jasne! 

Na miejscu okazało się, że baran naprawdę jest w dole wykopanym w ziemi i piecze się od dziesiątej rano, a Jesus nie ma, na szczęście, nic wspólnego z Jezusem, bo na takie spotkanie jeszcze nie jestem gotowy! Marta i Jesus, nasi gospodarze, to polsko-meksykańskie małżeństwo, które pod marką Tortillas Molino produkuje na małopolskiej wsi najprawdziwsze meksykańskie tortille. Zbaraniałem, gdy okazało się, że nie idą na łatwiznę w najmniejszym stopniu. Zaczynają produkcję bowiem nie tyle od mąki, ale od ziarna. Kupują certyfikowane ekologiczne ziarno kukurydzy, myją je, moczą i mielą na mąkę w maszynie, której żarna zrobione są z wulkanicznej skały. Wiem, bo widziałem. Od razu zacząłem zaglądać tam, gdzie nie powinienem. I zobaczyłem maszynę do mielenia kukurydzy, moździerze z wulkanicznych skał do robienia sosów i piec do pieczenia tortilli, który wcale  nie wygląda jak piec, a robi taki hałas, że gdyby lotnisko w Balicach było nieco bliżej, to pewnie nikt nie skarżyłby się na samoloty. Zasiedliśmy do suto zastawionego stołu. Na początku, w charakterze towarzystwa do tortilli, wystąpiły pieczone pomidory i papryka w formie sałatki z kolendrą. Nabraliśmy kolorów, a czoła nam się lekko zrosiły, mimo że upału nie było. Nasze usta zrobiły się wielkie jak u Angeliny Jolie, co mogło znaczyć, że sałatka była troszkę pikantna. Były też bakłażany i pesto ze słonecznika z jarmużem jako dodatek do  pieczonych cukinii. A do picia herbata z hibiskusa i mięty oraz wino z aronii. Jedzenie na stole łamało nasze przyzwyczajenia i zaprzeczało klasycznym związkom i połączeniom. Zielone warzywo również może być pikantne, a połączenie hibiskusa z miętą bardzo zaskakujące. Przyszła wreszcie pora na barana, czyli barbacoa de borrego.

Okazało się, że dziura w ziemi może zastąpić piec i wędzarnie jednocześnie.

Na dnie jamy, na palącym się drewnie ustawiono wielki gar z warzywami i wodą. Na nim Jesus położył ruszt z pociętym na kawały mięsem, aby wytapiający się tłuszcz trafiał do garnka. Baraninę przykrył liśćmi agawy, a agawę obłożył płótnem. Wszystko razem przykrył blachą, a całość zasypał ziemią, zostawiając mały otwór, by dym mógł się delikatnie wydobywać na zewnątrz. Gdy naszym oczom ukazał się ruszt, tylko ci o mocnych nerwach nie odwrócili wzroku. Na szczycie rusztu leżały liście agawy i dwie baranie głowy. Marta wyjaśniła obu grupom, zarówno o nerwach słabszych i mocniejszych, że w Meksyku nie marnuje się jedzenia. Piecze się całość. Podroby umieszcza się w specjalnej sakwie ze skóry, a z głowy pozyskuje się policzki, ozór i wszystko, na co ma się ochotę. Jesus oddzielał mięso od kości i kroił je na małe kawałki, Marta zaś szykowała dla nas kolejną porcje tortilli. Potem pokazali nam, jak we właściwy sposób zawinąć baraninę w tortillę. Dodawaliśmy kawałki cebuli, pastę z czerwonej fasoli, liście kolendry i pikantny (jakże by inaczej) sos. I nagle stał się cud, w końcu Jezus, przepraszam Jesus, był z nami. Wylądowaliśmy w Meksyku. Potem były jeszcze podroby, z których największe na mnie wrażenie zrobiła wątroba o smaku tak bardzo intensywnym, że kubki smakowe wariowały. I był też bulion spod rusztu z dodatkiem cytryny i kolendry. No i się obżarliśmy. Na amen. Zabraliśmy więc swoje napęczniałe brzuchy i opuchnięte usta a’la Angelina Jolie do Krakowa z nadzieją, że Marta i Jesus zrobią taką fiestę jeszcze nie raz. Bo chłodne wieczory wcale nie są taką dużą przeszkodą, kiedy stół się postawi bliżej dołu z dopalającym się drewnem. Wtedy nikomu nie będzie zimno. Jesień ma swoje dobre strony, zwłaszcza dla takich obżartuchów jak my. To chyba o nas i dla nas Gałczyński pisał: Już jesień jest niestety, deszcz chlupie chlup, chlup, chlup, spadają z drzew kotlety, a wszystkie do mych stóp, tłuszcz pryska mi na rzęsy, sztukamięs pędzi wiatr, wieprzowy wschodzi księżyc, zbaraniał cały świat!

© KUKBUK 2017

Strony www, marketing internetowy - advertajzing usługi reklamowe w Ełku