Kulinarny przewodnik po Wenecji - KUKBUK

Kulinarny przewodnik po Wenecji

Czy da się spędzić urlop w Wenecji i nie zbankrutować? Krakowski Makaroniarz udowadnia, że to możliwe.
Bartek Kieżun

Bartek Kieżun

Krakowski Makaroniarz
Mentalny Włoch uwięziony w Polsce. Współtwórca nieistniejącego już kultowego baru Miejsce na krakowskim Kazimierzu oraz wciąż prężnie działającego sklepu pod tą samą nazwą z kolorowym designem lat 50., 60. i 70.

Wenecja ma mnóstwo zalet, ma też jedną wadę. Jedną, ale potężną! Są nią ceny, i to niemalże wszystkiego i wszędzie. Wywindowane do granic możliwości japońskiego i amerykańskiego portfela, na turystach z Europy, umówmy się – Środkowej, choć inni nazwaliby ją Wschodnią, robią wrażenie równie wielkie jak miasto na wodzie. Jednak nawet jeśli stan konta, lub rozsądek, nie pozwala wam wydać na makaron 20 euro, nadal możecie się do Wenecji wybrać, przeżyć w niej i utrzymać wydatki w ryzach. Aby to zrobić, przede wszystkim, niczym diabeł święconej wody, unikajcie stolików i krzeseł – za przyjemność siedzenia i podziwiania Serenissimy w wygodnej pozycji płaci się ekstra. Kawa przy barze: 1,50 euro, ta sama kawa przy stoliku: 3 euro, kieliszek wina: 2,50 euro, zaś przy stoliku: 5 euro albo więcej. Druga zasada: za wszelką cenę unikajcie trasy Venezia Santa Lucia – Rialto – San Marco, czyli dworzec, piękny kamienny most i najpiękniejszy salon świata, jak mawiał Napoleon. To pułapka na turystów. Z wystaw straszą koszmarne weneckie maski wyprodukowane w Chinach i szkło z Murano, które uroczą wysepkę widziało jedynie z okien samolotu transportowego. Restauracyjne karty zaś straszą na tej trasie w dwójnasób: cenami i menu turistico, w których królują same weneckie, że będę ironiczny, klasyki, takie jak: carbonara z Rzymu, bolognese z Bolonii czy genovese z Genui. Jak widać, ma być po włosku i basta. Chcecie zobaczyć prawdziwą – o ile to jeszcze możliwe – Wenecję i nie zbankrutować?

Oto jak to zrobić.

Zaczynamy z grubej rury. Śniadanie na Piazza San Marco, najlepiej wcześnie rano, gdy jest prawie pusto. Caffè Quadri otwierają o ósmej. Espresso (1,50 euro), cappuccino (2,50 euro) i rogalik (2,50 euro) – to sensowny wybór, pod warunkiem że, jak prawdziwi Włosi, spożyjecie je przy barze. Piękna i jedna z najstarszych kawiarni w Europie za włoskie śniadanie przy stoliku liczy sobie wiele więcej. Zjadacie i zmykacie na zakupy, nim na placu pojawią się tłumy.

Najlepiej wynająć mieszkanie, a zakupy robić na targu. Mercato Rialto Campo della Pescheria, mimo że turyści walą tu drzwiami i oknami, trzyma ceny w ryzach, bo karmi też wenecjan. Owoce morza i ryby z błyszczącym świeżością okiem kupicie tu w normalnych cenach, znanych z polskich supermarketów. Warzywa i owoce też w nie najwyższych.

Po zaniesieniu zakupów do domu i odwiedzeniu muzeum polecam na przykład pałac Ca’ Rezzonico – świątynię weneckiego baroku. Podczas takiej wycieczki można nieco zgłodnieć i poczuć pragnienie. Cicchetto to mała kanapka, un’ombra to mały kieliszek wina. Za 5,50 euro w Cantinone già Schiavi na Fondamenta Nani dostaniecie trzy cicchetti (świetna bresaola z odrobiną octu i trufle z jajkiem na twardo, bacallà mantecato też niczego sobie) i białe wino. I śmigacie do kolejnego muzeum albo kościoła – oglądać dzieła starych mistrzów.

W okolicach Ca’ Foscari, weneckiego uniwersytetu, kręci się mnóstwo głodnych – nie tylko – studentów. Bigoi na Calle San Pantalon to pomysł, jak makaron przerobić na street food. Do pudełka pakują tu bogoli (bigoi), weneckie kluski, i dodają do tego różne sosy. Można po wenecku, z sosem z mątwy, można nieco bardziej po włosku, z pesto na przykład. Za to, że zjecie na ulicy i nie będziecie brudzić talerzy, zapłacicie 5 euro za porcję.

Obok Bigoi znajdziecie Tonolo – świetną cukiernię, w której sprzedają genialne ptysie z chrupiącym karmelem za 1,10 euro. Za kolejne euro dorzucą rewelacyjne espresso w porcelanie z niebieskimi pejzażami. W weekendy kolejki!

Z Tonolo rywalizuje położone nieopodal, na Calle Lunga San Barnaba, Dal Nono Colussi. Wpadnijcie tu zaopatrzyć się w esse, pyszne ciasteczka w kształcie litery S. Plotka głosi, że piekarnia i cukiernia Colussi piecze najlepsze weneckie słodkie focaccie, ale nie udało mi się tego sprawdzić, bo byliśmy tam koło południa, a focaccie w małym rozmiarze miały być gotowe dopiero o piętnastej trzydzieści.

Z Colussi jest zupełnie niedaleko na Piazza Santa Margarita. Tam trzeba zasiąść w Il Rosso. Za aperol spritz zapłacicie tu 3 euro, za tramezzino – gdyby ktoś był nadal głodny – 1,60. Ceny demokratyczne, zupełnie jak to miejsce, w którym łazienkę zdobią antyfaszystowskie wlepki i hasła ewidentnie pokazujące, że właściciele i klienci tego przybytku mają serce zdecydowanie po lewej stronie!

W porze obiadu można też rozgościć się w La Bottiglia (Calle de la Chiesa). To niewielka dziupla w ścianie nad kanałem, gdzie za 11 euro dostaniecie zdrową, pyszną i wielką kanapkę z czymś, co wybierzecie sobie sami, oraz dwa kieliszki wina, i to organicznego. Na pewno zaś nie dostaniecie tu aperolu – młodzi ideowcy nie podają komercyjnych alkoholi!

Campo San Giacomo dell’Orio uwielbiam za całokształt. Można tu usiąść pod drzewem i odpocząć. Można zrobić zakupy. Można też zjeść lody. W Gelato di Natura (Calle Larga) dają świetne.

Moja ulubiona dzielnica, choć powinienem napisać sestriere, to Cannaregio. Co wieczór jak mantrę powtarzaliśmy sobie: „To co? Cannaregio?”. Położone na brzegach dużego kanału, nie ma spektakularnych zabytków, dlatego mniej tu turystów, za to więcej okolicznych mieszkańców, którzy spacerują z psami parami mieszanymi lub jednopłciowymi i pozwalają zrozumieć, jak się żyje w tej Wenecji.

Do MQ10 (Fondamenta Cannaregio) nie dotarliśmy na czas. Kiedy pojawiliśmy się w okolicach jednego z ulubionych lokali wenecjan, nie było już wolnych stolików. Stare weneckie damy i ich pieski grzały się w promieniach zachodzącego słońca. A my cóż… poszliśmy dalej.

Cannaregio to kawał weneckiej historii. To tu mieściło się weneckie getto. Do Pastificio Giovanni Volpe musieliśmy zajrzeć, by skosztować jednego ze słynnych żydowskich deserów. Impade to kruche ciasteczko w kształcie długiego pieroga, nadziewane migdałami. Pyszne i w rozsądnej cenie 1,30 euro za sztukę.

Vino Vero na Fondamenta Misericordia to opcja na (prawie) bogato. Kieliszek wina to wydatek 4 lub 5 euro, ale selekcja win jest wspaniała i jeśli macie w sobie małego sommeliera, musicie tu zajrzeć. Wnętrze też świetne, a jeśli nie ma miejsca w środku, można przysiąść jak gołąb nad kanałem i gapić się, jak życie płynie… woda płynie… miała być woda J

Kawałeczek za Vino Vero opcja budżet. W Paradiso Perduto (Fondamenta Misericordia) można coś szybko przekąsić (1,50 euro za krokieta z suszonego dorsza albo za smażone anchois) i napić się wina za 2 euro albo zasiąść do kolacji. Wtedy wydatek jest nieco większy. I pamiętajcie, że trzeba zarezerwować stolik, bo inaczej nic z tego.

Lele (Campo dei Tolentini) to jedno najsłynniejszych weneckich bacareto, czyli baru z szybką przekąską i winem. Pięknie położone miejsce, nad kanałem, w cieniu wielkiego kościoła. Wina zaczynają się od 80 eurocentów za kieliszek – choć częściej jest to plastikowy kubek, a talerz (plastikowy) przekąsek to wydatek rzędu 1,50 euro. Zawartość talerza odpowiada jakości wina i pozwala zaliczyć to miejsce do tych, które warto w Wenecji odwiedzić, gdy w portfelu grzechocą już tylko drobne i jeśli chcecie poczuć się młodo, bo średnia wieku to około 18 lat.

Fondaco dei Tedeschi (nad Canal Grande, Calle del Fontego) to przeciwieństwo Lele. Wyremontowany kosztem milionów euro pałac dziś jest, niepopularne określenie, luksusowym domem handlowym. Niegdyś swoje kantory, magazyny i sypialnie mieli tu niemieccy kupcy, stąd nazwa. Wybudowany w 1508 roku, przez ostatnie lata był urzędem pocztowym – przearanżował go światowej sławy architekt Rem Koolhaas. Jest pięknie, zwłaszcza jeśli spojrzycie na Wenecję z dachu, gdzie jest taras widokowy, światowo i drogo. Ale w końcu cały pobyt oszczędzaliście…

 

© KUKBUK 2017

Strony www, marketing internetowy - advertajzing usługi reklamowe w Ełku