Crème brûlée jak z filmu "Amelia" - KUKBUK

Crème brûlée jak z filmu „Amelia”

Z czym wam się kojarzy 2001 rok? Krakowskiemu Makaroniarzowi z pewnym filmem i pewnym deserem.
Bartek Kieżun

Bartek Kieżun

Krakowski Makaroniarz
Bartek Kieżun, z wykształcenia antropolog kultury, z zamiłowania kucharz. Miłośnik książek, nie tylko kulinarnych. Publikuje w magazynie KUKBUK, stale współpracuje z Radiem Kraków. Jako kucharz gotuje, karmi, prowadzi warsztaty, organizuje wyjątkowe kolacje degustacyjne oraz sędziuje na konkursach kulinarnych. Autor książki „Italia do zjedzenia"

krakowski makaroniarz creme brule

Nie zawsze byłem taki fest do przodu jak dziś i pewnie dlatego crème brulee po raz pierwszy w życiu zobaczyłem nie w restauracji, a w kinie. Pamiętam to jak dziś, tak samo jak swoją pierwszą wołowinę po burgundzku, choć ta była w domu, nie w kinie.

Był rok 2001. Prezydentem Polski był Aleksander Kwaśniewski. Złotą Palmę w Cannes dostał Nanni Moretti za „Pokój syna” (nie wiem do końca dlaczego, wynudziłem się w kinie jak pies). Firma Apple zaprezentowała iPoda, a Kylie Minogue śpiewała, że „I can’t get you out of my head”. Krótko mówiąc było to dawno, dawno temu.

I choć całe moje pokolenie, czyli nie całkiem młodych już ludzi, dziś jest podzielone na tych, którzy odsądzają Amelię od czci i wiary i jakichkolwiek wartości i tych, którzy są na tak, ja poszedłem do kina z przekonaniem, ze będę się świetnie bawił. I tak było. Dołączyłem do zwolenników francuskich komedii bez wahania. W kawiarni, w której wówczas pracowałem, słuchaliśmy muzyki z filmu i choć Kraków to nie Paryż, a ja siedziałem na Brackiej, a nie na Montmartre, to i tak było bardzo miło. Paliłem wtedy papierosa jednego za drugim, piłem kawę, jedną za drugą – zupełnie jak francuski ruch oporu. Już nie palę, dodam tylko, jakby ktoś chciał mnie na zdrowy tryb życia nawracać, ale na początku lat dwutysięcznych palenie było prawie zdrowe, a papierosy kosztowały połowę tego co teraz, więc paliło się jakoś łatwiej.

krakowski makaroniarz miasto

Wróćmy jednak do filmu. Jak połowa mojego pokolenia, z tych co to nie byli we Francji, z filmu, oprócz rybki, która chciała popełnić samobójstwo i krasnala ogrodowego, który wysyłał pocztówki, zapamiętałem Amelię, która uderza łyżeczką w skorupkę ze skarmelizowanego cukru.

Wyszedłem z kina, a następnego dnia poleciałem do Guliwera. Guliwer to była francuska restauracja matka kawiarni Prowincja (zupełnie polskiej), w której wówczas pracowałem. Zajrzałem do karty i zobaczyłem, że on tam jest. Zamiast obiadu, który mi się należał (siedziałem w pracy dłużej niż można by przypuszczać), bo był pracowniczy (taką mieliśmy zakładową stołówkę) zamówiłem crème brûlée. Niczym ta Amelia, z którą utożsamiała się wówczas połowa Polski w wieku lat około dwudziestu, rozbiłem skorupkę i spróbowałem. „Jezu, jakie to dobre” – powiedziałem pod nosem i poleciałem na zaplecze z kokilką wcinać dalej.

Dziś, czyli wiele knajp i wiele filmów dalej, nadal mam do Amelii słabość i do słynnego francuskiego deseru również.

krakowski makaroniarz creme brule

Crème brûlée jak z filmu „Amelia”

Filmowa Amelia uwielbiała rozbijać łyżeczką cukrową skorupkę. My nie gardzimy również wnętrzem tego deseru!

Rozciętą laskę wanilii gotujemy w śmietanie. Po zagotowaniu odstawiamy do wystudzenia. Żółtka ubijamy z cukrem mikserem na krem. Łączymy je z ze śmietaną, rozlewamy do kokilek. Pieczemy w kąpieli wodnej przez godzinę, w temperaturze 100 stopni. Krem będzie gotowy, kiedy boki będą sztywne, ale środek trzęsący się – jak galaretka. Zapieczone kokilki odstawiamy do wystudzenia, a potem do lodówki. Przed podaniem posypujemy cukrem i zapiekamy pod grillem rozgrzanym do maksimum w piekarniku przez chwilę dosłownie, bo lubi się przypalić!

A potem już tylko rozbijamy skorupkę łyżeczką!

© KUKBUK 2017