Champignons provençaux - KUKBUK

Champignons provençaux

Francja zaskakuje Bartka Kieżuna wiatrem, mandatem i smakołykami.
Bartek Kieżun

Bartek Kieżun

Krakowski Makaroniarz
Bartek Kieżun, z wykształcenia antropolog kultury, z zamiłowania kucharz. Miłośnik książek, nie tylko kulinarnych. Publikuje w magazynie KUKBUK, stale współpracuje z Radiem Kraków. Jako kucharz gotuje, karmi, prowadzi warsztaty, organizuje wyjątkowe kolacje degustacyjne oraz sędziuje na konkursach kulinarnych i pisze książkę o włoskich kulinariach.

Zabiegany, jak zwykle, nie doczytałem, że w Prowansji będzie wiało. Zajrzałem jednak do internetu i upewniwszy się, że mistral to wiatr zimowy, spakowałem się, jakby była jesień. Błąd. Kiedy wieje ten dość okrutny wiatr, to już jesienią jest zima. I to nawet w Prowansji.

Byłem za to elegancki – odziany w popielaty golfik i w tym samym kolorze marynarkę, mogłem spokojnie pojawić się w Paryżu. Tam pewnie nawet byłoby mi ciepło. Jednak wiało. Wiało już po wyjeździe z lotniska. Rzucało naszym wynajętym autem na prawo i lewo, ale uznaliśmy, że pewnie źle ustawiono zbieżność kół i jechaliśmy dalej. Że to może być kwestia wiatru, ustaliliśmy mniej więcej w połowie drogi, kiedy cyprysy przy autostradzie kłaniały nam się niby w geście powitania. W Arles też wiało, i to dość mocno – o mało drzwi auta nie urwało, kiedy usiłowałem się z niego wydostać na parkingu. Po wyjęciu walizek owinąłem się szalikiem i podszedłem do tablicy, z której wynikało, że możemy tu stać tylko do północy. Zgrabiałymi rękami wrzuciłem walizki z powrotem do auta i zarządziłem odwrót. Pojechaliśmy dalej, gdzie wydawało się, że zakazów nie ma. Udaliśmy się na poszukiwanie Place du Forum, gdzie mieliśmy zamieszkać. Wcześniej włożyliśmy kartę postojową do auta. Jasno z niej wynikało, że w strefie zielonej możemy postać do godziny jedenastej rano.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że po pierwsze moja głowa mimo wiatru wiejącego z prędkością 100 kilometrów na godzinę jakoś trzyma się szyi, a po drugie – mieszkamy tuż obok kawiarni namalowanej przez van Gogha chwilę przed tym, jak odciął sobie ucho. Sławny malarz, sławny plac. Łasy na wiedzę o słynnych wiatrach, zapytałem naszego gospodarza, czy to aby na pewno mistral. „Oui, oui”, potwierdził i dodał, że to już piąty dzień bez przerwy, a minę miał przy tym nietęgą.

Zaproponował beaujolais nouveau, a ja bardzo grzecznie powiedziałem mu, gdzie mam beaujolais nouveau. Uśmiechnął się ze zrozumieniem i do kolacji zaproponował côtes du rhône. „Bardzo miło w tej Francji”, pomyślałem, udając się na spoczynek.

Rano, upewniwszy się, że niebo jest niebieskie jak koszulki włoskiej reprezentacji w piłce nożnej, udaliśmy się na le petit déjeuner. Wciągając croissanta, zastanawiałem się, co jeszcze potrafię po francusku. Au lait – przypomniałem sobie przy zamawianiu kawy i dalej gapiłem się na targ rozciągający się w prawo i w lewo przed moimi oczami.

Po kawie z mlekiem i rogaliku, kiedy zdecydowaliśmy się pojechać do Nîmes i wyszliśmy z baru, okazało się, że wszędzie, jak okiem sięgnąć, jest targ. Ciekawe, czy aż do miejsca, gdzie zostawiliśmy auto – zastanawialiśmy się, idąc bulwarem i klucząc między straganami zawalonymi pomarańczami a tymi zastawionymi słoikami z miodem.

Minęliśmy tony paelli, potem rośliny w doniczkach i cięte, a kiedy za kolejnym zakrętem pojawiły się używane meble, było już jasne jak słońce, że nasze auto wczoraj stało tam, gdzie teraz stół i sześć krzeseł. I że nie ma go wcale…

W trakcie oczekiwania na wypełnienie papierów na posterunku okazało się, że południe to jednak stan umysłu. Policjant, nic sobie nie robiąc z zakazu palenia w miejscach publicznych, kopcił w komisariacie jak niegdyś pani kasjerka w barze mlecznym Temida w Krakowie. Oboje dla przyzwoitości chowali papierosa pod ladą. Wyszedłem na zewnątrz podumać nad niesprawiedliwością losu.

Po powrocie zdrętwiałem. Mandat wynosił 722 euro. „Chyba sobie odetnę ucho jak van Gogh”, pomyślałem, a żandarm, widząc mój wyraz twarzy, spojrzał na kartkę z wysokością mandatu, skrzywił się nieco i poprawił 7 na 1. Poczułem się bogatszy o 600 euro, więc zarządziłem: „Idziemy na ostrygi”. Po owocach morza zjedzonych na targu były jeszcze sery, pomarańcze i inne frykasy, które wepchnęliśmy do torby. Dopiero zaspokojeni kulinarnie, udaliśmy się na policyjny parking za miastem, by odszukać odholowane auto.

Nie wiem, czy to ostrygi, czy urok rewelacyjnego Arles i genialnej katedry pod wezwaniem Świętego Trofima, czy mistral, który wciąż wiał jak opętany, czy może niebieskie niebo nad Prowansją, ale jakoś przełknęliśmy utratę sporej części wakacyjnego budżetu. Dwie godziny później w Nîmes w doskonałych humorach wcinaliśmy boudin noir – ta francuska kaszanka była, jak stwierdziliśmy, jedną z najlepszych w naszym, niekrótkim przecież, życiu. A ja się zastanawiałem, co by było, gdybym 10 lat temu zamiast do Toskanii pojechał do Prowansji. Czy byłbym Krakowskim Żabojadem?

Champignons provençaux

Na przystawkę, lekki obiad lub kolację – duszone pieczarki po prowansalsku.

Szalotki kroimy w spore kawałki, czosnek tniemy w plasterki – przesmażamy je na oliwie. Kiedy się zeszklą, wlewamy sok z cytryny i białe wino. Uwaga: pryska! Kiedy wino nieco odparuje, dokładamy koncentrat pomidorowy, mieszamy i dusimy około 5 minut, aż zgęstnieje. Umyte pieczarki wrzucamy do tak przygotowanego sosu i dusimy około kwadransa – grzyby powinny nieco zmięknąć, ale pozostać jędrne. Doprawiamy solą i pieprzem. Prowansalskie pieczarki podajemy jako przystawkę. Najlepiej z pain du césar – najlepszym chlebem świata, który można kupić na placu Republiki w Arles. Rozmarzyłem się!

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: