Zupa krem z kukurydzy z serem gruyère i bananem - KUKBUK

Zupa krem z kukurydzy z serem gruyère i bananem

Prosty przepis na zupę krem, sycącą, gęstą i słodką. Na obiad albo na śniadanie. Dla babci i dla wnuczka.
Agata Wojda

Agata Wojda

Kuchnię zamiata
Czterokrotna zdobywczyni Bib Gourmand Michelin, felietonistka KUKBUK-a, najlepsza szefowa kuchni według żółtego przewodnika Gault & Millau.

ZUPA KREM Z KUKURYDZY kukbuk

W podjęciu decyzji, dokąd wybrać się na jedzenie, pomagają mi nierzadko służące temu strony internetowe. Umieszczone na nich fotografie są najlepszym kierunkowskazem, a niuanse ukryte w opiniach typu „nie warto się wspinać bez rezerwacji” – cenną wskazówką. Nieszczególnie zwracam uwagę na zapiski, że to najlepsza restauracja, w której ktoś jadł, ani na polskie marudzenie – takie opinie przydają mi się w rezygnowaniu na przykład z wyprawy statkiem na Karaiby.

Włoskie miasteczko, w którym spędzałam wakacje, najeżone było małymi knajpkami z plastikowymi krzesłami, leniwymi kelnerkami próbującymi sprzedać niewarte swojej ceny proste menu degustacyjne. Dwie restauracje znajdujące się na topie rankingu na jednym z portali wydawały się warte uwagi. Ta z drugiego miejsca jest nastawiona na mniej tradycyjnych Włochów, dla których ryby zanurzone w tempurze i podane z sosem z marakui lub pappardelle z kwiatami cukinii, marynowanym imbirem i sezamem są do zaakceptowania. Zwycięzca rankingu, Mandello, zmusza Włochów do wysiłku i gwarantuje typowo włoską satysfakcję.  


Ta agroturystyczna restauracja, połączona z pokojami do wynajęcia, znajduje się na znacznej wysokości, dokąd owszem, wiedzie nawet droga, ale jazda nią grozi śmiercią w staczającym się aucie.


 

Cudem jej uniknęliśmy. Na szczyt poniosło nas ostatecznie na nogach. Podpowiedzi internautów sugerowały, aby dokonać wcześniej rezerwacji. Po minięciu zaskoczonych owiec na stoku czekał na nas zacieniony dwuosobowy stolik i aromat rozgrzanego, skoszonego siana z nutą mięty. Kilka większych ław pobrzmiewało australijskim angielskim i francuskim. Tradycyjnie obsługa władała jedynie dialektem lokalnym, czyli włoskim. Bez słowa wstępu podano nam dzbanek zimnej wody i butlę białego wina w nieopisanej butelce. Wybór był prosty: czerwone lub białe. Scenariusz kolacji wyglądał tak, że mniej więcej w tym samym momencie na stołach wszystkich gości pojawiały się dania, które właśnie ugotowano. Rozpoczęliśmy od zimnych antipasti w postaci marynowanych w czerwonym occie przepiórczych jajek, duszonych warzyw z ogródka, grzybów zbieranych na łąkach, słodkich cebulek, domowego lardo, bresaoli, owczego sera i oliwy z grzankami. W zasadzie pierwszy głód został zaspokojony. Zgodnie z przypuszczeniami pojawiły się potem gnocchi, ale wyjątkowo miękkie i wymieszane z bazylią wyczuwalną w powietrzu, gdy tylko kelner pojawił się z nimi na progu. Puste talerze wróciły do kuchni.

ZUPA KREM Z KUKURYDZY kukbuk

W zasadzie mogliśmy przerwać posiłek w tym momencie, odpowiednio najedzeni i ukontentowani widokiem. Ale podano kolejne kluski. Z dużymi, suszonymi leśnymi grzybami. Zaraz po nich polenta z gulaszem cielęcym i zapadającym dość szybko zmrokiem. Jak w przedszkolu przy małym stoliku, by nie zrobić przedszkolance przykrości, próbowaliśmy to w siebie zmieścić.


 

Wiekowo dojrzały właściciel z bandaną na głowie regularnie upewniał się, czy wszyscy, niezależnie od języka, którym mówią, są zadowoleni. Tym razem ewidentnie ocieraliśmy się o śmierć z przejedzenia. Jakże się myliliśmy, że to nasz ostatni tutaj wytrawny talerz. Z półmiska zerkała na nas upieczona świnina, o której zamarzyłam, przeglądając zdjęcia w internecie. Nie dałam rady zjeść ani kawałka. Ser własnej roboty powędrował do torby, podobnie jak właśnie wyjęte z pieca trzy domowe ciasta. Jedyne, na co mogłam sobie jeszcze z trudem pozwolić, to oblizanie łyżki z tutejszym miodem lipowym.

Przeliczyliśmy zabrane ze sobą fundusze, mając w planie spontaniczny udział w sianokosach, jeśli okazałoby się, że mamy zbyt mało środków. „Cena adekwatna do jakości”, przeczytaliśmy w recenzjach. Biorąc pod uwagę smak, ilość serca na talerzu i liczbę serwowanych posiłków, podwijaliśmy już rękawy. Tymczasem rachunek opiewał na 25 euro od osoby! Kłaniając się w pas, podświetlając latarenką z komórki otaczającą nas czerń górskiej nocy, stoczyliśmy się w dół. Zaprzyjaźnieni Włosi natychmiast zamarzyli o zdobyciu tej samej góry co my. Był to jeden z najpiękniejszych posiłków w moim życiu. Był i piękny widok, była niezwykła szczerość, naturalność i gościna. Uczulam wszystkich wędrujących włoskimi miasteczkami: wyszukujcie informacji o agriturismo i próbujcie tam zrobić wieczorną rezerwację. Czekam na tak zaserwowaną regionalność w polskich gospodarstwach. Prześwietne!

ZUPA KREM Z KUKURYDZY kukbuk

PS W Monzy, w Lombardii, jest jeden z największych parków, a jego rozmiar możecie sobie wyobrazić, gdy dorzucę podpowiedź, że mieści się w nim tor Formuły 1. Tutaj też jest gospodarstwo rolne, pole i wielkie krzesło wielkości bloku. Na skraju pastwiska stoi automat, który wydaje mleko od tutejszych krów. Bananowy jogurt też. Sznurek uprawiających jogging i poranną jazdę rowerem skręca na świeże mleko i wypija je, wymieniając spojrzenia z tutejszymi krowami.

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: