Bób z salami, migdałami i papryką - KUKBUK

Bób z salami, migdałami i papryką

Łuskanie strączków w rodzinnym gronie to najlepszy wstęp do tego wakacyjnego obiadu.
Agata Wojda

Agata Wojda

Kuchnię zamiata
Czterokrotna zdobywczyni Bib Gourmand Michelin, felietonistka KUKBUK-a, najlepsza szefowa kuchni według żółtego przewodnika Gault & Millau.

bob salatka salami kukbuk agata wojda

Scenariusz nieletnich wakacji wyglądał co roku podobnie. Dwa tygodnie namiotowego życia w mazurskim rezerwacie, pod kontrolą zezującej na nas znad krzyżówki babci, i profesjonalne wczasy w ośrodku kolejowym. Bug lub Jastarnia.

Nadjeziorne życie wymagało kaloszy, naładowanej gazem butli, składanych krzeseł i stolika, uszytej przez mamę torby wielkości malucha na dach. Tam lądowały między innymi: namiot, który składał się, jak puzzle, z tysiąca elementów, śliskie i zimne śpiwory, żółty, plastikowy regalik kuchenny, kurtki na okoliczność niżu, latarki na nocne siku i menażki.

Siedzieliśmy na słoikach po dżemie z zawekowanym mięsem, które wyglądało jak mozaika na szkle, złożona z tłuszczu, wieprzowych kawałków i galaretki.

Zabranie ich ze sobą było koniecznością, podobnie jak paczek wielojajecznego makaronu, kilogramów ryżu i grochówki w proszku. Wybitne paskudztwo tamtych czasów. Opakowania ozdobione apetycznym obrazem szarego talerza kryły zawartość tworzącą w menażce zawiesinę o smaku nie bardzo podobnym do opisu wnętrza. Ogonowa, fasolowa, żurek. I tylko dwa syczące palniki dla kucającej przy nich mamy. Zupę trzeba było przetrwać i wynegocjować liczbę łyżek. Mięso smakowało przez pierwsze trzy dni, a czwartego już nie. Ratował nas udany połów ryb, wysyp grzybów, duszonych potem w śmietanie, i metalowy kubek jagód, uzbieranych osobiście. Kucanie po lesie było sportem rodzinnym. Ruszaliśmy na zbiór natychmiast po rozłożeniu namiotów. Mazury miały to do siebie, że co roku zaciągały się trzydniowym, ciepłym deszczem, dającym gwarancję zagrzybienia terenu obozowiska na przykład kurkami lub maślakami. Słońce sprzyjało poziomkom.

Babcia Jadwiga kroczyła jak bocian po obrzeżach lasu, trzymając litrową kankę w rękach założonych za plecy.

Ucieczka ani negocjacje w sprawie powrotu nie miały sensu. Trzeba było wyzbierać tonę jagód, by zwolnili zakładnika. Profesjonalne wczasy z kaowcem nie wykluczały spacerów. Zamiast zapachu słoikowego mięsa – charakterystyczny aromat zupy mlecznej z makaronem i kożuchami, ugotowanej w aluminiowym garnku. Tu, w stołówce, rozpoczynał się długi jak dwie sale wybieg mody dla kobiet w fartuszkach z OHP. Nadjeżdżały, pobrzękując talerzami rozłożonymi na dwóch półkach piszczącego metalowego wózka i stając się obiektem analiz oraz zalotnych wakacyjnych spojrzeń. Punktualne z menu, nieczułe na pospieszające nawoływania z różnych stron sali, teoretycznie niedostępne w godzinach pracy. OHP zaczynał swoje wakacje po wieczornym nakryciu ceraty śniadaniowymi sztućcami.

Przerwa w plażowaniu, jeden szybki serwis i znów można wycisnąć na siebie porcję tłustego kremu Dermosan. Żadna wakacyjna lektura nie wzbudzała tylu emocji co czytanie menu. Idealnie przygotowany ośrodek był wyposażony w wypożyczalnię kryminałów, pogięte rakietki do badmintona z tysiącem lotek lądujących co chwila na drzewie, świetlicę z piłkarzykami i minisklep. W nim obowiązywało kilka wiodących smaków sezonowych. Klubowe, szklana pepsi, groszki jagódki, wielka blacha domowego ciasta przywieziona na konkretną godzinę, owocowe dropsy i piwo w jednym gatunku. Trzykrotnie w rejonach posiłków ustawiała się ta sama kolejka po to, by rozglądać się po asortymencie.

Trzy razy w tygodniu u wrót ośrodka pojawiał się chłop z czereśniami, papierówkami, ogórkami i pomidorami.

 

Spędziłam w takim ośrodku wiele młodych wakacji. Zakodowałam smaki i zapachy. Trafiam dziś na nie przypadkiem. Wyłapuję woń nasłonecznionych liści akacji zgniecionych pod wełnianym kocem, nutę poziomkową wśród łąk, mieszankę zapachów jeżyn i nasypu kolejowego nad nimi. Lubię poczuć kawę zaparzoną w szklance i wilgoć drewnianego pomostu. Na Mazury w czerwonych kaloszach przenosi mnie kromka chleba z mielonką, pomidorem i cebulą, popijana zimną, słodką miętą. Taką wyzbieraną w lesie. Mój mózg jest właśnie na wakacjach. Nie przeszkadzać!

– Agata Wojda

bob salatka kukbuk
bob salatka kukbuk

Bób z salami, migdałami i papryką

4 porcje d

Bób gotujemy al dente w osolonej wodzie. Przekładamy do naczynia z zimną wodą i studzimy, dzięki temu łatwiej będzie go potem obrać. Na suchej patelni rumienimy przez minutę pokrojoną w drobną kostkę salami. Dodajemy 2 łyżki oliwy oraz posiekane: paprykę (w jak najdrobniejszą kostkę) i czosnek. Solimy, doprawiamy pieprzem. Smażymy przez 2 minuty. Ciepłą zawartość patelni dodajemy do obranego bobu, dorzucamy przekrojone na pół migdały i posiekaną natkę pietruszki. Delikatnie mieszamy, wlewamy pozostałą oliwę i ocet, doprawiamy solą. Dekorujemy pokrojonymi pomidorami.

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: