Zaklejacze i łamacze - KUKBUK

Zaklejacze i łamacze

Cofamy się w czasie do słonecznego Bristolu i geotermalnego Bath, gdzie mieszkała duma damskiej literatury Jane Austen i, jak twierdzi internet, Nicolas Cage. Ja tam akurat miałam przyjemność zjeść trzystuletnią bułę popijaną filiżanką rosyjskiej herbaty w uroczym towarzystwie z niekończącą się falą zasiadających obok Japończyków.
Archiwum blogów

Archiwum blogów


kukbuk honeycomb agata wojda

Widocznie nie ma japońskiego przewodnika bez Sally Lunn’s i tutejszej top secret receptury. Buła (bun), a konkretniej jej połowa, nie jest jakąś tam zwyczajną bułą, jest tym czymś, co zatrzymuje ludzi w długiej kolejce w wąskim i niskim korytarzu, w lokaliku niczym nora kreta, istniejącym od niepamiętnych czasów. Dwaj doglądający starsi kelnerzy z zadartymi lekko nosami na bank pamiętają, jak na wytrawną wersję z welsh rarebit przychodziła Jane Austin, zatem taką wybieram i ja. Serowo-beszamelowy sos z domowym chutneyem z cebuli. Cóż… mam nadzieję, że japońscy towarzysze zaplanowali dla siebie jeszcze jakąś atrakcję. To chyba najbardziej romantyczne bułkowisko, jakie widziałam. Pary kroją nożem wytrawne kanapki, domawiając na deser kolejne, tym razem zapiekane z cynamonem lub na cytrynowo. Szeptanie mile widziane. A za oknem znowu pada.

 

Przeokrutnie pada kolejnego dnia w Bristolu, a jak mówi internet, to jedno z najcieplejszych miast Wielkiej Brytanii, tylko tak położone, że deszcz w nim podwyższa ogólnokrajowe statystyki padania. Parasola oczywiście nie ma nikt. Deszcz spływa mi po nosie bez skrupułów jednym strumieniem, a ja czekam jak dziewczynka z zapałkami w winiarni, później za rogiem na czas, gdy wybije godzina mojej rezerwacji. Najpierw ja zaskakuję winiarnię, wybierając nigdy niezamawianego tu Picpoula z Langwedocji (oj, lubię), a potem winiarnia mnie dużym kieliszkiem wina z dwustu pięćdziesięcioma mililitrami zawartości (pół butelki mają za sobą po jednym otwarciu), a na końcu zadziwiają mnie goście masową ilością zamawianego tu jedynego, najgłupszego komercyjnie piwa. Znów z mokrym nosem pędzę za róg, by z angielską punktualnością usiąść do stolika. Niby samotna kolacja, co bardzo sobie cenię czasami, ale… pod okiem bacznie monitorującego stolik szefa kuchni.

Paraliżująca jest myśl, że ktoś tak zagląda ci w talerz zoomem i czyta ze zmarszczek na czole, co myślisz o cieście w ravioli. Patrzy, ocenia i komentuje, że zbyt szybko zjadła przystawkę i trzeba jej może sześć sztuk wrzucić było, bo głodna, że może by jej wysłać w przerwie weneckie Sgroppino z wódki, prosecco i sorbetu cytrynowego dzbanek (znaczy że długo mam czekać na stek czy jak?) i gazet do poczytania dać.

I proszę, niby sama przy stoliku, a w towarzystwie. Jeszcze tylko kelnerka dorzuca szeptem, że ma potomka Polaków za chłopaka i potrafią po polsku jedynie kląć i kochać. Wysycham na jakiś czas.

 

W Bristolu jem dwukrotnie z naciskiem na rybę bez „chips” – makrelę o konsekwentnym na prawie każdej szerokości geograficznej gorzkim posmaku z bebechów (ryba, jak rzadko która, z gatunku złów i zjedz na miejscu), malutkie whitebaity w najlepszym, jaki dotąd spotkałam, sosie tatarskim. I baranieję, gdy wnoszą sąsiadom deserowy talerz. Wypisz wymaluj moja degustacja deserów na identycznej porcelanie za powalające i jedyne sześćdziesiąt złotych. Chociaż dla fotki chłopakom, dla ambicji i ku konfrontacji zamówić… ale żołądek tak zarybiony. Nie wyjadę z tego kraju, dopóki nie dotknę. I walczę z miodowymi lodami na zamarzniętym i twardym honeycomb Candy from Bristol pośród pozostałych trzech deserów. Poddaję się, wypluwam w serwetkę. Obiecuję sobie powrócić do tematu we własnej kuchni.

Zaniemówić lub połamać zęby z miłości… do słodyczy

Ignoruję w przepisach syrop cukrowy (można zrobić samemu, ale czasu brak), nie trafiam na syrop kukurydziany, klonowy kosztuje majątek, glukoza w wiaderku pod łóżkiem okazuje się agarem. Zaczajam się zatem na miód i tańszy niż reszta syrop z agawy (!). Historia z miodem wygląda następująco: aromatycznie super, zaklejenie wyjątkowe i w temperaturze pokojowej mam wrażenie, że żyje, zmieniając swój kształt. Ale pierońsko dobre, dzieciaki zachwycone, a ktoś czuje, że zbliżamy się do sedna tajemnicy pańskiej skórki. Gdyby ten świstak, co go obudzili w niedzielę, miał jeszcze te papierki celofanowe… natychmiast włączylibyśmy go w interes z orzechowymi cukierkami.

kukbuk honeycomb agata wojda

Zaklejacze w dobrym guście

1 tortownica i n

W wysokim garnku zagotowujemy miód, wodę, sok z cytryny i cukier o zapachu wanilii (od roku trzymam cukier z laską wanilii). Gotujemy na małym ogniu na gęsty, brązowy syrop, co może potrwać dobre 10-15 minut. Zdejmujemy z ognia i wsypujemy sodę, sezamki i masło. Mieszamy drewnianą łyżką przez chwilę. Wyczynia cuda, od których dzieciaki popiskują. Wylewamy gorącą masę do tortownicy wyłożonej pergaminem. Studzimy, a na koniec obklejamy kawałkami orzechów, z dwóch stron.

Syrop z agawy bez problemu znajdziemy w sklepach z ekologiczną żywnością albo w popularnej sieciowej drogerii na „R”, w dziale z niemieckimi produktami eko (polecam stamtąd orzechy w dobrej cenie). Sposób wykonania identyczny jak wyżej; możemy sobie pozwolić na mocniejsze skarmelizowanie syropu, a zamiast soku z cytryny wlewamy ocet, który razem z sodą wzmacnia dziury. Po zatopieniu orzechów w tortownicy odczekujemy godzinę do uzyskania stałego, twardego jak kamień stanu. Planowałam lody kawowe zasypać kruszonym honeycomb lub podgryzać w trakcie milczącej rozmowy. Genialny materiał do dalszej zabawy. Taki tort zasypany okruchami… dookoła. I czyż nie wygląda jak bursztyn z Kanału Bristolskiego…?

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: