Wielka kobieta w dalekiej Japonii, cz.1 Tokio - KUKBUK

Wielka kobieta w dalekiej Japonii, cz.1 Tokio

Wyruszam w podróż do Japonii, sprawdzić, co wydarzy się jutro – nie tylko dosłownie w czasie, lecz także poznać smak tych zmian. Ramen już zalewa kolejne kraje Europy, a zachodnie trendy coraz częściej spotykają się ze wschodnią filozofią szacunku, obróbki i prezentacji produktu.

Tekst, zdjęcia: Basia Starecka

Archiwum blogów

Archiwum blogów


japonia reportaz kukbuk

Do podróży przygotowuję się już dwa miesiące wcześniej. Z Joanną Bator wysiadam na stacji Shibuya, by śledzić przypadkowe osoby spotykające się pod pomnikiem psa Hachiko, opisywane w „Japońskim wachlarzu”, zaglądam do surrealistycznych hoteli miłości, o których pisze Anna Zielińska-Elliott w literackim przewodniku „Murakami i jego Tokio”, mierzę obwód w pasie razem z Rafałem Tomańskim w „Tatami kontra krzesła”, zajadam się ramenem z „Samotnym smakoszem”, liżę surową wątrobę trującej ryby Fugu razem z Michaelem Boothem na kartach „Sushi i cała reszta”, wreszcie próbuję nie zginąć w zamieszkach pod restauracjami w komiksie Anthony’ego Bourdaina „Dorwać Jiro”. Mogę już z zamkniętymi oczami przygotować dashi i dołączyć do grupy ośmiu dziennikarzy z całego świata, którzy na zaproszenie japońskiego Foreign Press Center będą poznawać smaki tutejszej kuchni.

 

W trakcie ponad dwunastogodzinnego lotu doganiam słońce. Wynurza się powoli za łukiem horyzontu, rozbijając błękit nieba oranżami. Kiedy schodzę wreszcie na ziemię, ta jeszcze drży, podobnie jak przeurocza pracowniczka ministerstwa, która przyszła mnie odebrać. Przez trzęsienie ziemi spóźniły się pociągi, bała się, że nie zdąży po mnie na czas. Tu jest ranek, u nas jeszcze wczorajsza noc. Próbuję oszukać czas w trakcie krótkiej drzemki w hotelu. Głód jednak zwycięża, resztki mojego snu przepędzają ryczące reklamy przy uwiecznionym w filmie „Między słowami” gigantycznym skrzyżowaniu przy dworcu Shibuya. Oblewa mnie czarny tłum dyskretnych zerknięć, eksponując moje duże, białe ciało z Europy. Niebo zniknęło. Nad moją głową chylą się do siebie dachy szklanych wieżowców, wibrujących neonami. Chowam się do malutkiej dziupli, gdzie drobni Japończycy, ramię przy ramieniu, głośno siorbią ramen. W automacie przy wejściu muszę zdecydować, który zjem. Wybieram ten najbardziej fajniusi (kawai), z jajem i kawałkiem mięsa. Gryczany makaron soba wyłania się z wody na moich oczach i radośnie z niej otrząsa za pomocą paru zdecydowanych ruchów sitkiem kucharza.

japonia reportaz kukbuk
japonia reportaz kukbuk
japonia reportaz kukbuk
japonia reportaz kukbuk
japonia reportaz kukbuk
japonia reportaz kukbuk
japonia reportaz kukbuk
japonia reportaz kukbuk
japonia reportaz kukbuk
japonia reportaz kukbuk
japonia reportaz kukbuk
japonia reportaz kukbuk
japonia reportaz kukbuk
japonia reportaz kukbuk

Kładę się na cztery godziny, a potem znów udaję, że jest dzień, a nie noc. Szuram zaspana nogami za drobiącą kroczki starszą Japonką w kimonie, która schroni mnie przed światem parawanem i nakarmi tradycyjnym, japońskim śniadaniem – lepkim ryżem, zupą miso i wieloma drobnymi niespodziankami na jeden kęs.

 

W szkole Naoyuki Yanagihara otwieram już szeroko oczy ze zdumienia, gdy próbuję dashi, bulionu przygotowanego na kombu, kawałku wodorostu oraz katsuobushi, płatkach gotowanego, wędzonego, suszonego filetu bonito, a jeszcze bardziej – po obmacaniu świeżego wasabi, które wygląda jak mała zielona palemka. Po odcięciu końcówki, ściera ją na naszych oczach kucharz, popłakując przy tym jak my przy cebuli. Potem bierze się za gigantyczną doradę, wyszczerzoną w ostatnim uśmiechu, i filetuje ją na naszych oczach. Łącznie z głową, którą rąbie pomiędzy oczami na pół, usuwa szczękę z ostrymi ząbkami, myje i deklaruje, że zrobi z niej coś dobrego. Dla nas na szczęście ma bardziej konwencjonalny posiłek, choć zaskakujący – szczególnie zawartością małej miseczki z chrupiącą zieloną fasolką skąpaną w słodkiej, białej paście miso zmiksowanej z prażonym sezamem. Chcę ją zrobić w domu! I zabrać do mojego kredensu trochę tej pięknej ceramiki. Widzę, że koleżanki z Belgii, Francji i Słowacji też zerkają na nią łakomie.

Nasze najedzone ciała przechwytuje szybko umami mama, jak zwą szefową Umami Information Center, i poddaje je torturom myślenia nad składem piątego smaku. Ćwiczymy nasze zmysły, próbując odgadnąć na czym polega jego pyszność, tłustość i mięsność. Kumiko Ninomiya przychodzi z pomocą wyciągając z kieszeni długi, kolorowy, plastikowy łańcuch… aminokwasów. Jak dowiadujemy się na konferencji prasowej w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, poznanie prawdziwego smaku Japonii już niedługo nie będzie wymagało tak dalekiej podróży. Pierwszego maja rusza światowa wystawa Expo 2015 w Mediolanie, której motywem przewodnim jest „Wyżywienie planety, energia dla życia”. W pawilonie Japonii można będzie skosztować tradycyjnych potraw i odkryć na własną rękę umami. Wpadnijcie tam koniecznie, jak i na naszą stronę, gdzie niebawem ciąg dalszy moich przygód. O ile dobudzę się po dzisiejszej kolacji. – Pamiętaj, tylko nie jedz rozdymki – mówili przed wyjazdem znajomi, wspominając liczbę zmarłych po spożyciu trującej ryby żarłoków. Ale co miałam robić, skoro naprzeciwko mnie, w restauracji Kitaoji, małym podziemnym mieście, gdzie każdy stół znajduje się w oddzielnym papierowym domku, siedziała Aki Sugaya, szefowa agencji prasowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych Japonii, twierdząc, że fugu to jej największy przysmak? Dobrze, że wcześniej zjedliśmy grillowaną makrelę z gotowaną ośmiornicą, a także samodzielnie (no dobra, w kociołku ustawionym na świeczce) przygotowaliśmy sukiyaki z doskonałą wołowiną. Nie mam już czego żałować, a na pewno nie wyprawy do Japonii!

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: