Marchewka po mazursku - KUKBUK

Marchewka po mazursku

Obiecałam podzielić się kilkoma pikantnymi szczegółami z wypadu do UK (co uczynię wkrótce), dziś jednak sięgam po temat zeszłoczwartkowej konferencji „Czas na zmiany, czyli oryginalność i świeżość w promowaniu gastronomii”.
Archiwum blogów

Archiwum blogów


marchewka po mazursku agata wojda kukbuk

Hotel Sheraton, kawa i siku bez ograniczeń. Osiem bloków tematycznych, czasowy brak miejsc. Wojtek Modest Amaro przez jakiś czas dzielnie opiera się o ścianę, ważne nazwiska okołogastronomiczne na scenie i pod nią – przez intensywne osiem godzin.


Pobieżnie zajmujemy się zagadnieniami restauracyjnego marketingu (na SGH szykuje się kierunek zarządzanie restauracjami), budowania wizerunku szefa i restauracji w mediach, poznajemy także ceny staży w światowych akademiach (drogo!), wołowiny wagyu (bardzo drogo!) i koszty zostania dyplomowanym włosko-szwajcarskim krytykiem kulinarnym (w cholerę drogo!).


Uwielbiam szczerość w gadaniu i z największym szacunkiem słucham cichego głosu prawie Top Chefa Piotrka Ślusarza opowiadającego o tygodniu u braci Roca i obronie przed obieraniem marchewki przez cały czas stażu. Silny, skromny charakter z ADHD w nogach! Nie obierał! Zażądał rejonu wydawkowego, dostał.


Ze spodziewanym zachwytem odkrywam kilka osobowości: najskromniejszą gwiazdę rodzinnego podwórka Pawła Oszczyka, któremu gratulacje za garnitur szykuje kilku mu podobnych, ino w swetrach.


Poznaję  byłą (a może znowu obecną) szefową krakowskiego Yellow Doga, która na rzecz męża zrzekła się wchodzenia do restauracji od zaplecza. Głowę ma tak naładowaną pomysłami, że czuję, jak ją ponosi, by jak najszybciej je zrealizować, i głupieję, gdy mówi, że miała o mnie sen. To teraz już się znamy. Co za osobowość. Najlepszy panel – restauracyjny design. Co jeden uczestnik przy pięcioosobowym stole, to artysta, konkret mimo sztuki, profesjonalista z nutą szaleństwa. Marcie Gessler zazdroszczę inspiracji zza ściany, z Centrum Sztuki Współczesnej, czerpanej od dwudziestu jeden lat, Beirutowi i Krakenowi – konsekwencji, od pomysłu, przez talerz, rum i gości, po płyty, hummus i wieszak z kranu (jadłam tam w niedzielę jeden z najlepszych hummusów, robiony przez Mohammada Ikermawiego z klubu Uganda w Jerozolimie zaledwie przez cztery dni, o tak!), braciom Lange – grzywek, czapek i łbów z pomysłami na karku, Katarzynie Gliszczyńskiej – że tak bardzo wszystko umie, a Moko Architects – telefonów ze świata… Zróbcie nam wnętrza knajp. Ola Lazar z Gastronautów piekielnie mądrze  pokazuje, czym mogą być słowa w recenzjach i jak im z klasą stawiać czoła. Małgosia Minta kolejny raz udowadnia, że wie, co piszczy na światowych kablach, łączach i innych nośnikach. Panel o promocji miast i regionów dopełnia moje poczucie: jakże to jest dobrze zrobione, że po jednym pobycie w Poznaniu znam nazwy tak wielu tamtejszych knajp z konkretnymi nazwiskami szefów kuchni.  A podsumowanie moje jest takie: róbmy swoje. Równie dobrze! To się rzuca w oczy, nawet jeśli ma się tylko pięć minut na wypowiedź.

Mróz po konferencji był tak nieprawdopodobny, że zrobiłam przerwę w powrocie do domu i zaszłam na żur. W domu od dzieciństwa przewijał się motyw płucek, na których gotowało się zupę, potem kroiło się paskudne mięso w paski i pozostawiało w żurku albo barszczu białym lub… przerabiało się na farsz do pierogów. I jest to jedyna rzecz, do której musiałam dorosnąć. Zachciało mi się tego posmaku. Spróbujcie, smakosze, ugotować na wywarze po płuckach (dudki) swój własny barszcz. Włoszczyzna, oczyszczone płuco i dwie godziny na małym ogniu do zmięknięcia. Koniecznie opieczona w łupinach cebula i kilka wędzonych żeberek podpieczonych w piekarniku dla smaku. Zakwas z butelki dobrze wstrząśnięty, tak by mąka razem z płynem dostała się do przecedzonego wywaru. Uprażona na przypaloną cebulka do środka z kwaśną śmietaną, majerankiem i łyżeczką tartego chrzanu.


Płuco pokrojone na cienkie plastry pływa w zupie.


A obok mój zimowy hit do barszczu. Marchewka, nie wiedzieć czemu po mazursku, a przecież z mojego Łowicza. W mrozie najlepsze jest to, że występuje w parze ze słońcem i budzi apetyt na kubek zupy, a poza tym nic więcej w nim fajnego nie ma!

marchewka po mazursku kukbuk
marchewka po mazursku kukbuk

Marchewka po mazursku

1 porcja j

Kroimy marchew (dziwnym trafem akurat miałam żółtą) i ziemniaki w dużą kostkę. Najpierw zalewamy marchew mlekiem i wodą, dodajemy sól i liście laurowe. Gotujemy około 10 minut. Marchewka zaczyna mięknąć. Dodajemy ziemniaki i gotujemy tak długo, aż zaczną się lekko rozpadać. Na małej patelni prażymy cebulę na złoto, przecedzamy (zachowajcie olej do odsmażania na przykład marchewko-ziemniaków… są genialne z łyżką mąki, usmażone jak tortilla, placek na patelni, na złoto!). Ugotowane ziemniaki i marchewkę łączymy z masłem i cebulą, dodajemy świeżo mielony pieprz i mieszamy tak, aby rozpadające się ziemniaki obkleiły kawałki marchewki. Wyborne do żuru na dudkach.

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: