Małże z ryżem - KUKBUK

Małże z ryżem

Bez flamenco, z sangrią z nalewaka, wciąż jeszcze późno zachodzącym słońcem i błękitem basenu. Niebo próbuje wieczorem zastraszyć nas dalekimi błyskami, a i tak rankiem przez okiennice budzi nas codziennie zbyt ciepłe słońce.
Archiwum blogów

Archiwum blogów


malze z ryzem kukbuk

Kończę powoli wakacje na hiszpańskiej riwierze. Tradycyjnie głośno zarzekałam się na lotnisku, że nie gotuję. Więc jednak trochę to robię, łamiąc odwieczne zasady. Bo w przeciwieństwie do wakacji w zeszłych latach w Grecji mam sto metrów do działu rybnego. A z niego gapią się na mnie zwierzęta, o których nie mam nadal pojęcia… Choćby płaska, przeźroczysta ryba z zezem, długa, rozwielitkopodobna krewetka i ryba zaczynająca się zwyczajnie, a kończąca ogonem obranego z mięsa węgorza. Maksymalnie osiem euro za kilogram, a nawet i po cztery. Mam przeczucie, że ktoś dokopał się w połowach do prawieków i najczarniejszych głębin, gdzie ryby brodami świeciły. Okularnik w dziale rybnym tasakiem wycina dowolną partię z zakupionej ryby. Patrzę z podziwem, zapominając o basenie. Stolik, dziura, a w niej odpadki, siekiera, motyka, skrobaczka i dorsz wielkości od palca do kolana. Rach-ciach w łysym filecie, grubym dzwonku – jeśli sobie pan życzy – łeb też mogę zapakować. Nie życzy sobie. Siup do dziury. Następny!

 

W morzu nic nie pływa, tylko turyści pachnący najróżniejszymi filtrami.

Skoncentrowani na plażowym pakowaniu niosą ze sobą niezbędne gadżety: niskie leżaki z uszami, parasol z dodatkowym wiertłem do zgrabnego wkopania w piach, tani materac, przenośną lodówkę z arbuzem, piwem i oliwkami, książkę na słuchawki, by morza nie słyszeć. Hiszpanie – tatuaże na plecach, kostiumy skrywane pod krótkimi sukienkami, paletki do odbijania piłek. Nikt nie grzebie w telefonach! Alleluja, jaki spokój. Wytrwają do samego końca, prowadząc ponadpokoleniowe rozmowy. Nikt nie czyta, rozmawiają z przerwami na skoki przez fale. Potem w trzy minuty zbierają swój kramik i wracają, łuskając prażony słonecznik na hiszpański deptak, po dwudziestej pierwszej. Sangria z nalewaka, patatas, calamari w krążkach lub szaszłyk. Powtórka.

malze z ryzem kukbuk

Jem i ja. Zaczynam paellą z kurczakiem i owocami morza. Straszna skucha. Powtarzam za dwa dni w miejscu, gdzie czternastu kelnerów kolejno odwiedza mój stolik pod palmowym dachem w drewnianym galeonie wielkości mojego bloku. Wszystko w karcie zasugerowane na dwie osoby, na moje oko sąsiad z sąsiadką mogliby dołączyć. Jest zdecydowanie bardziej hiszpańsko niż dotychczas, ale lepiej już jadłam na Grzybowskiej. Tost z aioli i salsą tumaca (roztarty dojrzały pomidor z czosnkiem i oliwą) zaostrza apetyt i jest dziś najlepszy. Talerz mieszanych morskich żyjątek jest tylko nadporcją białka. Paellę kelner rozkłada nam na talerzach sam na pomocniku. Zdjęcia zatem nie będzie. Paella zostaje zaliczona na jakiś czas. W kolejnych miejscach uznaję za zaliczoną ośmiornicę na dwudniowych ziemniakach, nie zaliczam patatas bravas za ostry ketchup zamiast właściwego sosu. Aioli i tak wszyscy mają kupne. Smakuje mi, bo producent daje kawałki prawdziwego czosnku. W świat tapas wkraczamy niechcący. Przy pierwszym kieliszku wina jestem tylko turystką, co w klapkach zeszła z plaży i nie ma akurat psa (spacer z psem po deptaku jest tu dla lokalnych obowiązkowy), tapas jej się nie należy. Skoro została na drugi, niech ma: ziemniaka w aioli z natką, małże w occie z siekaną papryką i selerze naciowym, kilka sardynek w tłuszczu, frytki w paprykowym sosie i vongole zagęszczane mąką. Taka hiszpańska gra. Niby kultura tapas, lecz silnie zanikająca. Nie powiem innym gdzie, bo mogą ich nie dostać. Tortilla z cebulą jest równie doskonała jak ze sklepu, gazpacho też już miałam z tego samego kartonu. Rozumiem wasze obawy, o, drodzy Włosi, Anglicy, Szwedzi i Niemcy, gdy w Barlovento lub El Molino prosicie o pizzę, co jest małym drukiem na końcu dziesięciostronicowego menu, trzeciego dnia po przyjeździe. I rozumiem spaghetti bolognese w Sopocie, i pomidorową.

malze z ryzem kukbuk

Na osłodę i pohybel sztucznym deserom w lokalu hiszpańskiej gastronomii cukiernia miejscowa. Nie umiem nazwać połowy ciastek i odkryć ich wnętrza. Przyklejam się dłońmi i wzrokiem jak czterolatek do zamrażarki z lodami. Za chwilę na ławce wymażę się limonkowym musem na chrupiącym, migdałowym spodzie, gęstą czekoladą z trufli niczym piłka do golfa i zakleję się flanem karmelowym, w którym widzę swoje odbicie. Znów jestem gotowa na ziemniaki w aioli.

Nie lubię sobie gotować. Ale ten ryż z vongolami powtarzam dwukrotnie. Towarzysz przy stole przeprasza za zachowanie. Przechyla talerz i… afera. Zapowiedziałam, że dziś idziemy jeść mięso. Nie będzie gotowania.

malze z ryzem kukbuk

Małże z ryżem

2 porcje b

Drobno siekamy cebulę. Pod zimną wodą szybko myjemy małże. W garnuszku z grubym dnem podgrzewamy łyżkę masła i wrzucamy cebulę. Lekko tylko szklimy i dorzucamy ryż. Zaczynamy rytuał przyrządzania risotto, czyli stopniowo podlewamy wywarem warzywnym ryż, oczekując, aż wchłonie płyn. W tym samym czasie na drugim palniku szykujemy małże. Rozgrzewamy oliwę, dodajemy czosnek i wrzucamy małże. Zalewamy białym winem i przykrywamy. Po chwili zacznie się pojawiać genialny morski smak z wina i soku małży. To właśnie nim będziemy teraz podlewać ciągle dojrzewający w garnuszku obok ryż. Resztka wywaru warzywnego niech będzie w pogotowiu. To na płynie z małży budujemy smak ryżu. Małże się szybko otworzą, zachowajmy je w garnku na najmniejszym ogniu. Ryż powinien po 20-25 minutach osiągnąć idealną konsystencję, solimy go z wyczuciem w trakcie, bo sok z owoców morza ma swoją słoność. Colorante to barwnik stosowany w hiszpańskich restauracjach w celu pominięcia naturalnego barwnika – drogiego szafranu. Nie oszukujmy się, nie barwią naszych i swoich paelli szlachetnym szafranem. Szczypta colorante uroczo podkręca kolor, a szafran, który powinien nadać smak, jest najczęściej złej jakości. Kleisty i mokry ryż mieszamy ze skórką cytrynową, porwanymi na mniejsze kawałki karczochami (idealnie, gdy bawicie się ze świeżymi, na chwilę zanurzonymi w gorącym oleju na uprażenie) i łyżką, solidną, zimnego masła. Ostatni ruch to szczypior – drobno siekamy i na talerz. Na to małże. Jeśli jeszcze został w nich jakiś płyn, polewamy nim półmisek dookoła, nie lejemy na ryż. Kawałek cytryny i jemy. W kwestii doprawienia: lubię szczyptę gałki muszkatołowej i cukru. Banał, a największa przyjemność.

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: