#karp celebryta - KUKBUK

#karp celebryta

Niektórzy uważają, że jeśli nie ma cię w internecie, to nie istniejesz. W przypadku tej ryby absencja dotyczy zarówno wirtualu, jak i realu.

Tekst: Basia Starecka, zdjęcia: Kasia Stadejek

Archiwum blogów

Archiwum blogów


karpie kukbuk

Za pomocą hashtaga (znaku #) i hasła można w internecie znaleźć wszystko. Od prywatnych zdjęć najpopularniejszych modelek i aktorów po tzw. foodporn, czyli zdjęcia nieprzyzwoicie apetycznych, głównie słodkich dań, takich jak stosy #pancake, po których zmysłowo ściekają karmel lub czekolada. Spróbujcie jednak na Instagramie wpisać #karp, a ujrzycie zaledwie parę kadrów z rybą, w tym jeden dość niepokojący – kąpiącej się z nim w wannie dziewczynki.

 

 

Bohater zamulony…

Nic dziwnego, że karp rzadko bywa na Instagramie. W końcu jemy go tylko od święta. A być może nawet w ogóle, jeśli nad tradycję przedkładamy głód nowości. Na świątecznych stołach coraz częściej pojawiają się przecież łosoś i dorsz, a zamiast ryby w galarecie – sushi… Tradycja jedzenia karpia najlepiej przetrwała w Chinach, skąd #karp do nas przypłynął. Tam uznawany jest za symbol szczęścia i ceniony za walory odżywcze. W kuchni pięciu przemian, kulinarnej gałęzi popularnej na całym świecie tradycyjnej medycyny chińskiej, z karpia wraz z głową, kręgosłupem i ogonem przygotowuje się rozgrzewający bulion zalecany przy niedoborze jin nerek, czi i jang śledziony i serca oraz przy zastoju wody w organizmie. Korzyści wynikające ze spożywania tej ryby są nieocenione – jest bogatym źródłem kwasów tłuszczowych omega-3.


W naszej kuchni karp pojawił się za czasów panowania Bolesława Krzywoustego. Post obejmował wówczas niemal pół roku i ta ryba była ważnym składnikiem diety. Dziś również mógłby nim być (zwłaszcza że nasze morze jest coraz bardziej odłowione), gdyby nie atrakcyjna konkurencja i oskarżenia o smak trącący mułem.


 

Tymczasem mamy najwięcej w Europie stawów hodowlanych karpia. Zajmują 70 tys. hektarów – tyle, ile 140 tysięcy pełnowymiarowych boisk piłkarskich. Ma to przy okazji pozytywny wpływ na środowisko. W unikatowym mikroklimacie tworzącym się wokół stawów ziemnych znakomicie czują się chronione gatunki ptaków i ssaków, zatem obszary te często objęte są programem Natura 2000. Tak jest w przypadku hodowli karpia zatorskiego usytuowanej na terenie trzech sąsiadujących ze sobą gmin w województwie małopolskim (łącznie 134 km²) od 2011 r. odznaczonego europejskim certyfikatem jakości, jednym z Trzech Znaków Smaku (Chroniona Nazwa Pochodzenia).

karpie kukbuk

…i duchowo nieobecny

Karpia nie da się hodować intensywnie. Dokarmiany przez człowieka potrzebuje okrągłych trzech lat oraz 10 m² przestrzeni życiowej, by osiągnąć satysfakcjonującą wszystkich przy świątecznych stole wagę. Żeruje na dnie i trudno go namówić, nawet za cenę najlepszego obiadu, by wypłynął po niego na powierzchnię, jak to mają w zwyczaju robić inne głodne i modne ryby. #karp przyrasta szybciej jedynie tam, gdzie temperatury są wyższe (w Izraelu na przykład hoduje się go osiem-dziesięć miesięcy). Różni się od zimnolubnych ryb tym, że kiedy zaczyna mu być chłodno, rezygnuje z jedzenia. W naszych warunkach żeruje więc tylko pół roku, wyjadając z dna rzucane mu przez człowieka pszenicę, jęczmień, pszenżyto i kukurydzę, a także plankton, który czasami przegryza larwami owadów – ochotką, komarami, jętkami. Na drugie pół roku oddala się zaś w metaboliczny letarg i otępienie. Swój ostatni obiad zjada we wrześniu. Dlatego najlepiej zacząć go odławiać miesiąc później, kiedy ma już na pewno pusty przewód pokarmowy. Tradycja jest więc wynikiem obserwacji cyklu życia ryby, a w dzisiejszych czasach lekcją pokory, że nie wszystko można mieć zawsze i wszędzie.

 

W październiku obniża się wodę w stawach i rozpoczyna okres żniw. Co roku odławia się 15-20 tysięcy ton karpi, czyli jakieś 12-15 mln trzyletnich osobników o wadze od 1,2 do 1,5 kilograma. #karp przenoszony jest do magazynów, a przed samą sprzedażą – do płuczek. Pobyt w tych ostatnich jest kluczowy dla jego smaku. Szybki ruch wody wypłukuje z ryby ostatnie ślady dna i mułu. Ale także nieco wagi. Ten ubytek zraża niezbyt uczciwych producentów przedkładających ilości nad jakość – dlatego czasami trafiamy na okazy o charakterystycznym posmaku.


Po tym wszystkim po karpie przyjeżdżają samochody wyposażone w zbiorniki o pojemności 1,5-2 tysięcy litrów i tak trafiają do sklepów. Można je jeść nie tylko w Polsce – nasze ryby trafiają też na przykład do Watykanu (w ubiegłym roku na papieski stół trafiło ich 120 kilogramów).


 

#karp to jedna z niewielu ryb, którą sprzedaje się żywą i zawsze dzięki temu świeżą (co nie jest takie oczywiste przy zakupie okazów spoczywających na lodzie). Umożliwia to jej nietypowy cykl życiowy – obniżony na czas chłodów metabolizm i zmniejszenie zapotrzebowania na tlen. Dlatego nie należy protestować w sklepie rybnym przy basenie z otępiałym karpiem – stan egzystencjalnego niebytu jest wynikiem gatunkowej specyfiki, a nie złego traktowania.

karpie kukbuk

Dla omdlewających na widok żywej ryby wymyślono karpią galanterię.


 

Można już kupić karpia w zalewie jabłkowej, pulpeciki w pomidorach, dzwonka i filety. Karp nadaje się do wędzenia, smażenia, doprawiania na słono i słodko, a nawet ciachania na frytki. Jeśli już się do niego na nowo przekonacie, nie zapomnijcie przed zjedzeniem go sfotografować, opatrzyć hashtagiem i wypuścić na szerokie wody internetu. Niech znowu zaistnieje.

 

 

W sklepie szukajmy karpia:

  • certyfikowanego przez stowarzyszenie Pan Karp, które gwarantuje dobre praktyki producenckie
  • zatorskiego, produkowanego przez Lokalną Grupę Rybacką biorącą udział w programie „Dolina Karpia”, o oliwkowoniebieskim kolorze. Jedynego na rynku dwulatka o masie od 1,1 kg do 1,8 kg
  • milickiego z Doliny Baryczy, certyfikowanego Chronionym Oznaczeniem Geograficznym
  • szyneczki z karpia z Pustelni koło Opola Lubelskiego, produktu wpisanego na listę wyrobów tradycyjnych

 

 

Tekst: Basia Starecka, zdjęcia: Kasia Stadejek

 

© KUKBUK 2017