Fasola, jabłka, trójniak i miód - KUKBUK

Fasola, jabłka, trójniak i miód

Przyjemność lub nieprzyjemność gotowania może nas spotkać świadomie lub zupełnie przypadkiem, choćby przez pięknie zakokardowaną kopertę z kuponem na warsztaty lub nierozsądnie wrzuconą wizytówkę. My tu na Dzień Kobiet wyglądamy małego jaguara lub co najmniej zegara z pozytywką, a oto są… warsztaty kulinarne z kręcenia maku lub rozkładu tuszy wieprzowej. Zawsze to lepiej niż pozornie intymna kolacja z umiłowanym zezującym, gdy tylko kobieta schyla się do talerza, na Champions League.
Archiwum blogów

Archiwum blogów


kukbuk fasola jablka

Warsztatowy wysyp w studiach kulinarnych, podnajętych domach, kuchniach restauracyjnych lub plenerach. Specyfikacja dowolna: ogólnie (kuchnia włoska), szczegółowo (kuchnia Toskanii) lub bardzo konkretnie (sycylijskie pasty we włoskiej winnicy). Dalej możemy: gotować z prawie znanym szefem kuchni (Agata Wojda), na jedynie słusznym produkcie (dzika płotka atlantycka), wśród nam podobnych (blogerowe pieczenie pierników). Korporacyjnie też możemy zostać wprowadzeni na minę i w ramach uczczenia tego, „że kolejny rok i nadal jesteś z nami”, trzepać odręcznie majonez do sosu tatarskiego w najlepszej sukience na przedkolacyjnych warsztatach „Zapracuj na kolację”. Popularność warsztatów ma się dobrze. To ładna forma promocji nazwiska, miejsca, kulinarnej książki, regionu, kraju.

 Z każdą nową sałatką w karcie wraca temat warsztatów sałatkowych dla zaprzyjaźnionych gości z pobliskiej agencji reklamowej. Chcieliby przenieść pomysł na nią do swoich domów (zaznaczam, że są to panowie, co gorsza, przystojni).

Niezwykle ciekawi mnie, jak potoczyły się warsztaty dla mężczyzn, którzy gotowali dla pań w minioną sobotę. Ilu panów zdecydowało się pod okiem pani na przygotowanie tajskiego rosołu połączone z kursem składania serwetki?

 

Jeszcze nigdy nie zabrudziłam tylu misek w kuchni jak 8 marca. Zrobiliśmy pierwsza turę warsztatów w ramach kampanii Trzy Znaki Smaku. Ja byłam nagrodą. Swoją drogą dość śmieszną, bo zupełnie zapomniałam o tym, że rok wcześniej na pytanie, czy poprowadzę takie warsztaty, odpowiedziałam: pewnie! I nadszedł właściwy czas, i czytam na czyimś profilu facebookowym, że w trakcie konferencji rozlosowane zostaną warsztaty ze znanym szefem kuchni.

 Czytam i myślę: a co to za wielka tajemnica i niby kim jest ten naznaczony sławą szef, że nazwisko jego nie pada? A to ja!

Równie zdziwione są osoby wylosowane z wazy. Warsztaty w mojej kuchni restauracyjnej, jeszcze przed otwarciem, czyli wcześnie, o godzinie dziewiątej, na produktach opornych, jak piekielnie długo gotująca się fasola wrzawska. Ugotujemy i zjemy. Towarzysze niedoli: Dorota, ze stażem co najmniej 25-letnim w kuchni i z własnym klubem kolacyjnym, i pierwszy raz w kuchni 69-letni pan Tadeusz, odważny człowiek orkiestra. Na blacie fasola wrzawska, olej rydzowy, kiełbasa lisiecka, ser koryciński, miód w słoiku i butelce, suska sechlońska. Przed blatem tester i fotograf Michał, niewyciągnięty z wazy, ale zapowiedziany i cichutki, z głosem decydującym, czy na przykład: krokietom wystarczy soli! Dwie godziny zajęło zabrudzenie wszystkich misek i wykorzystanie trzydziestu łyżek stołowych. Poszła jedna butelka oleju, pół miodu pitnego i jeden kilogram fasoli wrzawskiej. Połamana została obieraczka do wężymordu, nadpalone zostały lekko krokiety, popełniono oszustwo z udawaniem, że jabłka są grójeckie, i z ugotowaniem fasoli dzień wcześniej. Pomimo to liczba pięciu dań została osiągnięta.

Pan Tadeusz wciągał mankietami szarej koszuli wodę, szykując sałatkę z wężymordu, orzechów laskowych, jarmużu z przypalonym na palniku serem korycińskim, potem zagrzał mikser na kremie z pietruszki, jabłek i sera smażonego z kminkiem, skrupulatnie wyłowił dwadzieścia filecików matiasów holenderskich.

Cebula ze względu na swój marcowy wiek stawiała opór wygrzebywaniu wnętrza, by finalnie dać się nafaszerować kaszą i uprażoną lisiecką (uwielbiam przepuszczać kiełbasę przez oczka maszynki do mielenia) i zapiec w sosie serowo-kminkowym. Ja wygrzebywałam do mycia patelnie i fascynowałam się zastygniętą masą z fasoli i orzechów, widząc w tym idealny spód naszego deseru. Pan Tadeusz do serwisu nie został dopuszczony, mógł więc spokojniej nakręcić własną dokumentację ręczną kamerą. Danie po daniu analizowaliśmy smak, rozgadując się na tematy okołokulinarne. Pan Tadeusz chwalił nas, siebie i cebulę. I co najważniejsze… chyba fajnie, że znalazł się w tej wazie. Przede mną dzień drugi mojej nagrody, bo to też dla mnie nagroda – pobawić się kuchnią z innymi. Muszę tylko dokupić jakieś dwanaście misek.

 

A oto deser na bazie produktów z europejskiego systemu ochrony produktów regionalnych Trzy Znaki Smaku. Fasolowy spód na trójniaku z jabłkami na miodzie. Jeszcze lekko ciepły do przekładania andrutów kaliskich, a już stężały – jako spód na przykład pod ciepłe jabłka.

kukbuk fasola jablka

Fasola, jabłka, trójniak i miód

1 słoik n

Dzień wcześniej, przy okazji namaczania fasoli, przygotowujemy aromatyczny miód. Na suchą patelnię wrzucamy anyż i korę cynamonu. Lekko zagrzewamy i dodajemy miód spadziowy oraz skórkę z pomarańczy. Pozwalamy się spienić i odstawiamy na całą noc. Fasolę gotujemy z goździkami, cukrem, przekrojonymi na pół jabłkami (przez pierwsze pół godziny, dla aromatu, potem wyławiamy). Nie zapominamy o dodaniu soli po jakiejś godzinie. Fasola musi być miękka, tak aby dało się ją zmiksować na pastę. Ciepłą fasolę można obrać z łupin, jeśli akurat nie mamy lepszego zajęcia. Miksujemy ją w silnej maszynie, bo stawia opór. Z nastawionego miodu wyławiamy dodatki, 1 łyżkę odlewamy na patelnię i prażymy na tym jabłka na złoto, dodając do nich 2 łyżki miodu pitnego. Lubię mieszać dobrze smażące się ligole z rozpadającymi się jabłkami. Pozostałą część miodu zagrzewamy razem z trójniakiem (można dodać masło) i to, gorące, dodajemy do rozdrabnianej fasoli (malakser). Teraz orzechy i sok z pomarańczy. Na ostatnich obrotach krótko kręcąc, dodajemy sezam i mąkę migdałową. Studzimy, wykładamy tym formę do tarty wyłożoną papierem, a na górę dajemy dowolne owocowe wypełnienie (nie pieczemy) lub tak jak ja – kulka, dziurka jak w klusce śląskiej napełniona na przykład mielonymi orzechami, masą marcepanową, śliwką namoczoną w trójniaku lub musem z jabłek, przetartymi porzeczkami. Na górę uprażone jabłka, koniecznie lekko ciepłe. I nakruszcie maślanych ciastek na wierzch. Sos z czarnej porzeczki kapitalnie łamie smak swoją kwaśnością. Jest zabawa!

 

Więcej przepisów Agaty Wojdy

© KUKBUK 2017
Projekt i wykonanie: